Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

W.E.

ONA:

Film „W.E. Królewski romans” zaintrygował mnie totalnie, gdy tylko przeczytałam kilka podstawowych informacji o nim. Szukałam tylko czasu i okazji, by obejrzeć to dzieło w spokoju i jestem mocno zaskoczona tym, że Madonna, która zajęła się reżyserią i która mieszała w scenariuszu, faktycznie nakręciła coś dobrego. Cóż, lata spędzone u boku Guy’a Ritchie nie poszły na marne.

No właśnie, to był pierwszy szok. Madonna nakręciła film. Nie teledysk, FILM. Pełnometrażowe dzieło, które pretenduje to miana „ambitnego” i „nieoczywistego”. Jeśli chodzi o jej poczynania filmowe, znam ją tylko z „Evity” oraz z „Ich własna liga”, w których to wypadła całkiem nieźle. Moja ciekawość zaczęła narastać, a gdy uzupełniłam wiedzę o „rys fabularny” – byłam już kupiona totalnie. Film „W.E.” to historia najgłośniejszego romansu ubiegłego wieku, przez który całe Królestwo Brytyjskie wstrzymało oddech… To historia o Wallis Simpson, którą pokochał Edward VIII i który dla niej postanowił zrzec się tronu. Ale po kolei.

Produkcja ta zderza ze sobą dwa segmenty, które łączą pewne wspólne elementy. Z jednej strony mamy dawne czasy, w których bliżej przyglądamy się Wallis (Andrea Risenborough), zanim jeszcze stała się Wrogiem Moralnym nr 1, a z drugiej – mamy 1998 rok, w którym towarzyszyć będzie nam Wally Winthrop (Abbie Cornish), która stoi na zakręcie. Kobieta ma wszystko, o czym może zamarzyć. Jest piękna, żyje w dostatku, jej mąż jest bogatym i podziwianym lekarzem. Aktualnie próbują zajść w ciążę i tu pojawiają się pierwsze problemy. Cóż… Z każdą kolejną chwilą filmu okazuje się, że życie Wally wcale nie jest takie fajne. Coraz częściej zostaje w (pięknym!) mieszkaniu sama… I coraz bardziej zatraca się w historii miłości Wallis i Edwarda. Analizuje ją, odnajdując w niej wiele „swoich” problemów. I akurat w Nowym Jorku zorganizowana jest wystawa pamiątek po tej słynnej parze… Czy ten romans stanie się motorem, napędzającym Wally do zmian w swoim życiu?

Jestem tym filmem zachwycona. Mocno mnie zaskoczył. Miało być tak jak zwykle: ja, monitor i rower. Skończyło się tak, że nawet nie wiem kiedy przejechałam 40 kilometrów. Moja cała uwaga była skupiona na dziele Madonny, który praktycznie nie ma wad. Jest bardzo fajnie zagrany, mimo, że aktorzy nie są z tej najwyższej i najpopularniejszej półki, chociaż to tylko wypływa na plus, bo nie ma szans, że ich będziemy szufladkować i kojarzyć z innych ról. Ale to nie aktorstwo sprawiło, że jestem zachwycona. Totalnie spodobała mi się sama fabuła i taki „skok czasowy” pomiędzy epokami (coś podobnego można zobaczyć w „Julie and Julia”). Obie części są bardzo „akuratne” stylistycznie: scenografia jest jakby wyjęta z danej epoki. Wnętrza, stroje, ale też i sposób mówienia oraz obyczajowość pasują do danych fragmentów. „W.E.” to produkcja, która nie nudzi. Nie ma w niej dłużyzn, smętnych dyrdymałów, ale najciekawsze jest to, że ktoś w końcu nieco inaczej spojrzał na romans Wallis z Edwardem, bowiem w filmie Madonny pani Simpson wcale nie jest tą najgorszą..

Przyjemna produkcja.