ONA:

Jako osoba dość mocno zdeklarowana jeśli chodzi o posiadanie dzieci – a dokładnie ich nieposiadanie, raczej omijam filmy „parentingowe”. Nic mnie w nich nie interesuje, a dodatkowych wzmocnień, jeśli chodzi o mój alternatywny wybór życiowy – nie potrzebuję. Ale jest jeden taki film, z ciążą i macierzyństwem w tle, który lubię bardzo. Błyskotliwe dialogi, fajny humor, świetne zaplecze techniczne i aktorskie ujęły mnie totalnie. Dziś – „Juno”.

Juno MacGuff (Ellen Page) ma 16 lat, właśnie zaczęła liceum i żyje sobie jak typowa nastolatka. Od przeciętnej rówieśniczki różni ją jednak kilka rzeczy. Zacznijmy od tego, że Juno, która swoje imię odziedziczyła od mitologicznej bogini, a nie po jakimś zadupiu na Alasce, jest bardzo inteligentną dziewczyną, która wie czego chce, ma świetne poczucie humoru i trochę na zasadzie prób i błędów „układa” swoje życie. Po szkolnych korytarzach mknie co prawda niezauważana, szkolne „ciacha” się nad nią pastwią, ale w tym całym zgiełku nastoletnich osobowości ma dwoje przyjaciół „od serca”: Leah i Bleekera. I o ile dziewczyna jest wyłącznie kumpelą, taką na bij zabij, tak chłopak okazuje się kimś więcej. Wszystko zaczęło się na jesieni, kiedy Juno i Bleeker, w brązowym fotelu, postanowili raz na zawsze pozbyć się dziewictwa. Ten krok dwa miesiące później „uaktywnił się”, bowiem okazało się, że Juno zaszła za daleko. Trzy testy ciążowe, a każdy okraszony szyderczym, różowym plusikiem, mówią same za siebie… Tak zaczyna się film, który szturmem podbił serca kinomanów na całym świecie – bo trudno przejść obok niego obojętnie.

Przed nastoletnią, przyszłą matką, czas wyborów i decyzji. Oczywiście, przeszło jej przez myśl, żeby „wybrać drugą opcję”, szczególnie, że u niej jest ona legalna i aprobowana, ale nie dała rady. Postanowiła urodzić dziecko i oddać go jakieś parze, która z powodu leniwego jajnika, tudzież plemników bez autopilota nie może doczekać się własnego. Razem z przyjaciółką odnajdują ogłoszenie pewnego małżeństwa – Vanessy i Marka, którzy desperacko marzą o bajtlu. Kolejny krok przed teen mom – czas powiedzieć prawdę ojcu i macosze. A potem z podniesioną głową przejść przez kolejne trymestry… Wyobraźcie sobie – jesteście nastolatką w ciąży. Combo hiper dawka szalejących hormonów to nic dobrego.

Wiecie za co uwielbiam „Juno”? Bo ono w żaden sposób nie jest moralizatorskie. Wybory, których dokonuje nastoletnia bohaterka, są takie, a nie inne, ale nikt tego nie ocenia. Poza fabułą, która jak na dość ciężkawy temat, prowadzona jest w sposób sympatyczny, na uwagę zasługują poszczególni bohaterowie. Juno – bystra, pyskata dziewczyna, bardzo alternatywna, bardziej dorosła, niż nastolatkowa, ale mimo wszystko – jej telefon ma kształt plastikowego hamburgera. Leah – przyjaciółka od serca, na dobre i złe. Bleeker – cicha woda, chłopak typu „pierdoła”, dziwny, a uzależnienie od pomarańczowych tictaców tą dziwność dopełnia. Ale jednak – dziecko zrobił. Tyle, jeśli chodzi o dzieciaki. Część „dorosła” kształtuje się równie smacznie. Po rozwodzie rodziców głównej bohaterki, zamieszkała ona z tatą Maciem (J.K. Simmons) i jego drugą żoną, Bren (Allison Janney). Kiedy gruchnęła na nich wiadomość, że nieodpowiedzialne dziecię jest w ciąży, szczególnie macocha dała radę, otaczając nastolatkę świetną opieką – zaczynając od zdrowej żywności i witaminami, na wszywaniu w jeansy gumowego pasa, podtrzymującego brzuch. Mac, totalnie niegotowy na bycie dziadkiem, zupełnie jak jego córka na bycie matką, początkowo nie umiał w to uwierzyć, ale koniec końców stawał na rzęsach, by swojemu dziecku pomóc, towarzysząc jej podczas wizyty u Loringów, którzy postanowili „przejąć” problem nastolatki. Vanessa (Jennifer Garner) to kobieta, która całe życie wiedziała, że jest stworzona do bycia matką. Mark (Jason Bateman), to trochę takie duże dziecko, które mimo wieku ciągle wierzy w swoje marzenia. Ale są bogaci, wpływowi, mają ustawione życie, nie wyglądają na psycholi i do szczęścia brakuje im wyłącznie małej, różowej maszynki do robienia kup i rzygowin. I ta czwórka dorosłych, to jedyne osoby, które na młodą ciężarną nie patrzą jak na trędowatą. Reszta społeczeństwa najpierw widzi jej brzuch, zapominając o tym, że dziewczę wzięło na siebie totalnie odpowiedzialność za swój głupi wybryk.

„Juno” to film, który budzi emocje. Raz się zaśmiewamy, raz wzruszenie ściska nam gardło. To film o relacjach i ludziach, ich oczekiwaniach, rozterkach. Patrząc obiektywnie, na problemy nastolatków i dorosłych, one są bardzo podobne. nikt nie chce odrzucenia, samotności, rezygnacji z marzeń. Nikt nie chce być napiętnowany i odsunięty, z powodu jakiegoś „czegoś”. Poza tym, „Juno” to film, który dla mnie jest bardzo fajnie zmontowany, wypełniony całą masą ciekawych kadrów, a to wszystko, w połączeniu z bardzo dobrą grą aktorską, świetną scenografią i muzyką – daje film kompletny.

Jeśli ktoś go jeszcze nie widział, powinien szybko tą zaległość nadrobić. Warto, bez dwóch zdań.