ON:

Dziadeczki obchodzili ostatnio swoje 50 lat małżeństwa. To charaktery tak różne i zarazem tak idealnie dopasowane do siebie. Czasem zastanawiam się jak to się stało, że wytrzymali tyle ze sobą i nie doszło do mordu? Babcia musi mieć naprawdę dużo samozaparcia wytrzymując z Poldkiem. Naprawdę złoty medal za trzymanie nerwów na wodzy. Ja wiem jaki jestem  i też dziwie się, że Paulina jeszcze mnie nie udusiła poduszką w nocy, że wytrzymuje moje czasem dziwne akcje i nadal kocha mnie tak mocno. Widocznie mam jakieś wspaniałe cechy, które powodują, iż warto się ze mną męczyć. A tak na poważnie. Wspólne życie bywa trudne, ciężkie i problemowe. To jak wsadzić do jednego pudełka psa i kota, a później powiedzieć im “żyjcie”. W takim pudełku, po 30 latach małżeństwa, znaleźli się Arnold i Kay – bohaterowie bardzo ciepłej komedii „Dwoje do poprawki”.

Kay codziennie rano robi mężowi jajko na bekonie, które on konsumuje podczas przeglądania gazety. Później mąż wychodzi do pracy, przed wyjściem obgadują kiedy on będzie wracał i co ona ma zrobić na kolacje. Każdy dzień wygląda podobnie, a i nocne pożycie nie przedstawia się różowo. Ona śpi w sypialni, on w pokoju gościnnym, bo tak podobno wygodniej, bo tak lepiej. Jednego dnia Kay zdaje sobie sprawę, że to już nie jest życie – to wegetacja. Arnold jest innym człowiekiem niż ten, za jakiego wyszła, są sobie obcy. Postanawia więc ratować ich małżeństwo. Zaczyna od wizyty w księgarni, gdzie znajduje książkę, mającą dać jej wskazówki co może zrobić z ich przyszłością. Kolejne strony tylko przekonują ją co musi poczynic. Bez wiedzy męża zapisuje ich na tygodniową terapię w małej mieścinie w stanie Main. Pierwsza reakcja pana domu jest oczywista – po kiego grzyba ma jechać gdzieś, płacić cztery tysiące dolarów i słuchać wypocin gogusia, który uważa, że wie więcej o ich życiu, niż oni sami. Kay dopiera swego, a Arnold wsiada na pokład tego samego samolotu i razem docierają do Hope Spring. To tutaj przejdą swoją przemianę pod czujnym okiem dr Felda. Kolejne dni „na kozetce” pokazują im, jak różne są ich oczekiwania odnośnie małżeństwa. On uparty, walczący o swoje przekonania, zdaje sobie sprawę z własnych błędów dopiero po całym dniu u doktora oraz po pełnych goryczy słowach jakie wypowiada. Ona zaś marzy o tym, by być kochaną na nowo, by wróciło coś, co było kilka lat temu.  Terapia pokazuje obojgu jak bardzo się różnią, jak wiele rzeczy zostało zapomnianych, jak wiele stracili. Kolejne godziny na kozetce i zadania jakie otrzymują od doktora, dają im nadzieję, przywracają wiarę w instytucję małżeństwa. Drobne kroki jakie oboje poczynają, przybliżają ich do szczęścia, jakiego tak bardzo oczekują.

Warto dodać, że film jest dramatem, który zawiera elementy komediowe. Nie będzie tutaj chwil i scen, jakie nas doprowadzą do łez spowodowanych śmiechem. Pojawią się zaś chwile podczas, których zdamy sobie sprawę z tego, jak wiele umyka nam w codziennym życiu. To nie tylko obraz dla małżeństw z dużym stażem, ale także dla młodych par, nie zdających sobie sprawy z wielu rzeczy, jakie „zżerają” związki. Muszę przyznać, że od czasu wielbionego przeze mnie „Lepiej późno niż później”, nie znalazłem filmu o związkach damsko–męskich, który by zrobił na mnie tak dobre wrażenie. Nie uważam, że to dzieło wybitne, ale ciepłe i dające do myślenia. Nie rozumiem także ogromnej ilości żali wylewanych na filmweb w kierunku Meryl Streep, które krytykują ja za rolę Kay. Dla mnie jest ona o niebo lepsza, niż w prześpiewanym „Mamma Mia!”. Tutaj zagrała naprawdę przekonująco swoją rolę, to taka pani po 50-tce, która chce ratować to, co pozostało z jej dawnego życia. Dla mnie film na tak – warto.

ONA:

Większość komedii romantycznych kończy się wtedy, gdy on wpycha jej na palec pierścionek albo gdy wybaczają coś sobie, np. wkładanie penisa w inną kobietę tudzież nagły romans z trenerem. Ewentualnie, po czasie burz i naporów, stwierdzają, że jednak bez siebie żyć nie mogą, a wiadomo, każda bajka musi skończyć się happily ever after. Potem zwykle pojawiają się napisy końcowe, które i tak większość osób ignoruje, ale po komediach romantycznych należy niezwłocznie opuścić kino, by w sposób ekspresowy skoczyć do kibelka, poprawić resztki mejkapu, który nie spłynął wraz z naszym wzruszeniem, no i wypada po 90 minutach tortur, w końcu oswobodzić swojego partnera. Ja osobiście, prywatnie i zupełnie subiektywnie stwierdzam, że typowa komedia romantyczna to chyba najgorszy typ filmów, a pokolenie kobiet, które dojrzewały razem z kolejnym filmem Meg Ryan, ma najprawdopodobniej papkę zamiast mózgu. Ale to ja i moje zdanie.

I jakkolwiek uważam, że komedie romantyczne są podłym, podrzędnym pseudogatunkiem, tak wybitnie lubię te, które mnie zaskakują. Ot, „Sztuka zrywania”. Niby happy end jest, ale  nie ma w nim nic oczywistego. Im bardziej dramatyczne albo komediowe, tym lepsze. Im więcej ckliwości, całowania w deszczu i romantycznego ślubu, tym lepiej. I kiedyś złapała mnie myśl dzika. Oczywiście, jestem w pełni świadoma tego, że historia, którą widzę, jest zmyślona, ale jednak. Myśl ta krążyła wokół przyszłości. Czy zakochani w sobie, piękni i młodzi, będą z taką samą pasją wpatrywać się w swoje gałki oczne 30 lat po ślubie, kiedy on zaczyna mieć uwiąd, a ona zmienia się w shar pei? Kiedy wszystkie cele zostaną zrealizowane: dobra praca, piękny dom, gromadka dzieci, które z czasem wyfruną w świat… Co wtedy?

Z pomocą przyszedł kolejny film, który łapie się do gatunku nieoczywistych komedii romantycznych, a że w głównych rolach pojawiła się dwójka moich ulubionych aktorów, Meryl Streep i Tommy Lee Jones. W pewnym momencie chyba z 5 nieznających się osób, poleciło mi ostatnie dzieło Davida Frankela. Do tej pory nie znałam zbyt wielu z jego filmów, ale były dwa, które widziałam i oba lubię bardzo – mam tu na myśli „The Devil wears Prada” i najbardziej rozczulający mnie film, jaki kiedykolwiek powstał, czyli „Marley & me”. Tym razem trafiamy w sam środek piekielnego kotła, które nosi dostojną nazwę „małżeństwo”. Kay i Arnold – para z 31-letnim stażem, której dzieciaki wyprowadziły się już spod ich skrzydeł, zaczyna mieć solidny kryzys. Monotonia i brak kolejnego celu sprawiły, że małżonkowie. Każdego dnia czeka ich to samo. Śniadanie, zimny cmok na pożegnanie, praca, a potem kolacja w domu i zajęcia w podgrupach. Ba, para nie dzieliła już nawet wspólnego łoża, a ostatni sex mieli 5 lat temu. Kay zauważa problem. Brakuje jej czułości, a znikome zaangażowanie męża zaczyna jej przeszkadzać. Czuje się niekochana, nieatrakcyjna, samotna. Dlatego bierze sprawy w swoje ręce i przedstawia ślubnemu propozycję: tydzień na odludziu, z dala od problemów, za to pod opieką fachowca od tego typu przypadków, czyli dr Felda (Steve Carell). I ten tydzień, który szumnie nazwany jest wakacjami, ma być niczym innym jak intensywną (i drogą) terapią, której zadaniem będzie zbliżenie małżonków nie tylko emocjonalnie, ale jak najbardziej – seksualnie. Prób podjęcia kontaktu płciowego w filmie jest sporo. Ostrzegam wszystkich tych, którzy łudzą się, że ich rodzice jeszcze to robią.

Film jest świetny. Momenty komediowe są idealnie wpasowane w te, które mają wzruszać i stanowić podwaliny do myślenia. Meryl Streep po raz kolejny udowadnia, że może zagrać wszystko, w sposób przejmujący i dopracowany. Jej postać jest ciepła, pełna zaangażowania i pasji, ciekawości i odwagi. Z kolei Tommy Lee Jones gra kolesia, który zniechęca do siebie bardzo. Od razu bierzemy stronę Kay, bo jej mąż wydaje się chodzącą skamieliną. Jednak z kolejnymi scenami, Arnold okazuje się być całkiem dowcipnym facetem, który po prostu – trochę się spierdział.

Oczywiście, od razu zaniosłam film rodzicom. Oni są małżeństwem od 29 lat i ogień jeszcze buzuje.

„Dwoje do poprawki” to rewelacyjna komedia. Bardzo polecam!