ON:

Gry z serii LEGO, które tworzy Traveller’s Tale, zawsze były na dość wyrównanym poziomie. Bazujące na książkach, komiksach lub filmach historie nie tylko bawiły i śmieszyły, ale i dawały porcję solidnej rozrywki. Jednak z kolejnymi odsłonami mogliśmy także zobaczyć ewolucję. Już drugi Batman pokazał, jak bardzo można rozbudować te produkcje, między innymi poprzez pozostawienie otwartego dla gracza świata. Jednak to „LEGO: Lord of the Rings” rzucił mnie na kolana. Ten tytuł pokazał, że bazując na jacksonowskiej, filmowej wersji Władcy, można stworzyć przesympatyczną opowieść.

Wszystko zaczyna się prologiem, podczas którego dowiadujemy się o Pierścieniach Władzy oraz o bitwie u stóp Góry Przeznaczenia. Isildur dał dupy i zamiast wrzucić pierścień do wulkanu, zabrał go dla siebie. Jednak to złota obrączka wybiera swojego pana, a nie odwrotnie i tak po śmierci obecnego nosiciela  -pierścień ginie na wieki. Znajduje ją Golum, zwany także Smeagolem, ale podczas gry w zagadki z Bilbem traci swój skarb na zawsze. Nadchodzą jednak ciemne czasy, a mały Hobbit musi pogodzić się z tym, co przyjdzie i rozstaje się z Hobbitonem. Pierścień zaś przekazuje w ręce Froda.

A droga wiedzie w przód i w przód.

W grze „LEGO: Lord of the Rings” przyjdzie przemierzyć nam newralgiczne miejsca, znane z opowieści Tolkiena i wraz z Drużyną Pierścienia przeżyć przygody, w które zaczytywałem się kilka lat temu. Gdy opuścimy ciepłą i przytulną norkę Hobbita, zaczyna się cała kampania, kończąca naszą przygodę przy kraterze Orodruiny. Każdy level to jeden, a czasem kilka rozdziałów książki/filmu. Będziemy mogli odwiedzić jaskinię Szeloby, przejechać się na Drzewcu, odwiedzić Rohan, czy Rivendell. Na każdej planszy poukrywane jest 10 skarbów, jeden plan potrzebny kowalowi oraz 3 przedmioty, których poszukują różne postaci w Sródziemiu. Aby grę ukończyć w 100% musimy znaleźć je wszystkie. Łącznie z tymi ukrytymi w otwartym świecie, który przemierzamy pomiędzy misjami.

Pod względem graficznym gra nie różni się zbytnio od jej poprzedniczek. Nadal mamy do czynienia z kolorowymi klockami, ludzikami zbierającymi „studsy”, za które później dokupimy umiejętności oraz odblokujemy postacie. Każdy z leveli przyjdzie nam pokonać minimum dwa razy. Raz w trybie historii, a raz podczas gry swobodnej, gdzie możemy używać dowolnych ludków oraz ich umiejętności, co pozwoli nam dotrzeć do wcześniej niedostępnych miejsc. Fantastycznym rozwiązaniem jest voice acting, bowiem w 99% pod plastikowe ludki głosy podkładają aktorzy grający w jacksonowskiej trylogii. Brzmi to naprawdę świetnie. Podobnie jest z muzyką. W Hobbitonie usłyszymy charakterystyczne piszczałki, a na Polach Pelenoru dźwięki, jakie pojawiły się podczas filmowej bitwy. Dodatkowo Legolas i Gimli są fenomenalnie przedstawieni. Mają nawet swoje aczki, które nawiązują do ich filmowej rywalizacji. Bajer.

Cała opowieść przepełniona jest humorem. Czasami wręcz absurdalnym, ale dzięki temu na dość poważną i piękną opowieść patrzymy z przymrużeniem oka, przez pryzmat klocków z naszego dzieciństwa. Twórcy puszczają do nas oczko praktycznie na każdym kroku. Podczas bitwy po Helmowy Jar, na murach grodu stoi sam Jackson i rzuca w jednego z orków statuetką Oscara. Boromir zaś ginie od marchewki. A zresztą, zobaczcie sami. „LEGO: Lord of the Rings” jest najlepszą grą z serii, w jaką do tej pory grałem. Warto zwiedzić klockowe Śródziemie.