ONA:
Mam 28 lat. Od ponad pięciu różni ludzie powierzają mi swoje dzieci „na wychowanie”. Robię to chyba dobrze, bo ilość wrzodków w moim piekiełku bije wszelkie normy. Kocham tą całą rozwrzeszczaną bandę totalnie. Staram się jak mogę, by wydłużyć im beztroskie dzieciństwo, a jednocześnie wcale nie traktuję ich jak berbeci, które przecież i tak niczego nie rozumieją. Ciągle mam nadzieję, że to wszystko co robię, co mówię, jak wypełniam im czas, kiedyś zaowocuje, a z maluchów wyrosną po prostu dobrzy i mądrzy ludzie. Dlaczego akurat dziś o tym piszę? Bo wczoraj z moją gromadką wybrałam się do kina. Wszystko fajnie, wszystko super, ale zgadnijcie kto z nas wyszedł z seansu najbardziej uryczany…Tak. Ja. No nic na to nie poradzę. Ta historia wzrusza mnie absolutnie. Może temu, że widzę w mojej Bowie wiele cech Szczerbatka, a w Szczerbatku – mojego wilka? Może temu, że to bardzo mądra historia, w której pokazane są najważniejsze wartości, ale nie w taki księżniczkowaty sposób, tylko po prostu. Bo więcej „realizmu życiowego” można znaleźć w tej bajce, niż w niejednej innej, w której nie ma żadnych bajkowych stworów. A tresowanie smoka to naprawdę super frajda. Oficjalnie: chcę mieć smoka!
Pierwsza część przygód Czkawki i Szczerbatka zakończyła się wielką fiestą, bowiem mieszkańcy wyspy Berg przestali w smokach widzieć zagrożenie i udomowili je. Od tej pory każdy mieszkaniec ma swojego i razem żyją w idealnej symbiozie. Wódz Stoik jest ze swojego syna bardzo dumny. Wierzy, że będzie on godnym zastępcą, gdy jego już zabraknie. Ale Czkawka nie za bardzo ma ochotę na przejęcie obowiązków ojca. Jego ciągle kręcą smoki, a swojego Szczerbatka kocha ponad życie. Razem zapuszczają się w coraz to dalsze regiony, by odkrywać nowe miejsca. Razem latają, bawią się – są nierozłączni. Kto by się tam zajmował „wdrażaniem” do powinności wynikających z linii sukcesyjnej… I pewnego dnia mały, no, właściwie już nie taki mały, bo dwudziestoletni Czkawka wpada w „tarapaty”. Nie dość, że spotyka łowców smoków z niezbyt szlachetnymi zamiarami, to jeszcze poznaje tajemniczą, zamaskowaną postać, która bardzo mocno związana jest z jego życiem.
Jak jest? Jest CUDOWNIE! Uwielbiam pierwszą część, a druga wcale jej nie ustępuje. Jest zabawnie, momentami komicznie. W środku robiło mi się rozkosznie ciepło i całkiem długo powstrzymywałam wzruszenie, które miało cholerną ochotę wydostać się z moich oczu. Ale poległam. Ta część jest dużo bardziej „emocjonalna” i „dramatyczna”. Dobre chwile mieszkają się z tymi tragicznymi, ale to dobrze. Na szczęście dobro wygrywa – hej, to w końcu bajka. Ja jestem zachwycona totalnie. Świetny pomysł sprzed czterech lat zupełnie nie stracił świeżości. I dzieciaki, i młodzież, i nawet dorośli wspólnie się śmiali, by po chwili w kinie panowała idealna cisza, którą zakłócało jedynie szeleszczenie chusteczkami. Pozycja obowiązkowa!
