ON:
Raz na siedem lat organizowany jest turniej, w którym o miano najlepszego zabójcy walczy ze sobą kilkudziesięciu zawodników. Ten, kto wygra, zgarnia 10 milionów. Za całą imprezą stoi przestępczy syndyk, który czerpie korzyści z zakładów pieniężnych. Każdy z zaproszonych na imprezę bogaczy może bowiem postawić kasę na swojego faworyta, a po całym show wrócić do domu bogatszym o pokaźną sumę pieniędzy. Tak w dużym skrócie można opisać „Turniej” w reżyserii Scotta Manna.
Niestety, od pomysłu do wykonania daleka droga. Dzieło sili się na bycie produkcją z górnej półki, a mamy do czynienia z filmem co najwyżej klasy B. Na samym początku poznajemy grupę najwyżej ocenianych zabójców, reszta jest tylko mięsem armatnim, które pojawia się po to, aby zginąć w mniej lub bardziej barwny sposób. Najważniejsi w całej rozgrywce to: azjatycka laska, specjalizująca się w walce wręcz, czarnoskóry dotychczasowy mistrz, który mści się za śmierć żony, psychopatyczny szczeniak, Rosjanin zabójca i francuski, uwielbiający biegi i skoki zabójca. Każdy, z biorących udział w turnieju, ma wszczepiony nadajnik, a relacja przesyłana jest na żywo za pośrednictwem kamer przemysłowych. Przypadkowo do zawodów dostaje się mający problemy z wiarą i alkoholem ksiądz, który za bardzo nie wie co się dzieje. I pomimo gróźb i próśb zachowuje się jak ostatni idiota.
Cała historia szyta jest nićmi grubości mojego palca wskazującego. Nie dość, że mało realna, to na dodatek przesadzona do granic możliwości. Wydaje mi się, że scenarzyści prześcigali się, kto wsadzi do tego filmu najgłupszy dialog oraz scenę. Dodatkowo, gra aktorska pozostawia wiele do życzenia. Do początku widać, że dziełko to raczej od razu trafiło do dystrybucji wideo, opuszczając po drodze kina. Trochę się nie dziwię, bo gdybym wydał 23 zł na bilet i musiał obejrzeć tego gniota, to bym chyba skisł.
Każda minuta uświadamia nam, jak złe jest to kino, a najbardziej boli, że w tej produkcji grał między innymi Ving Rhames. Może brakło kasy na życie i musiał się gdzieś załapać, ale myślę, że to trochę uwłacza facetowi, który grał między innymi w „Pulp Fiction”. „Turniej” możecie sobie odpuścić. Szkoda Waszego czasu.
ONA:
„Turniej” mógłby być całkiem fajnym filmem, gdyby… No właśnie, gdyby nie „gdyby”.
Gdyby scenariusz nie był taki durny, momentami skrajnie dziurawy i nielogiczny. Gdyby reżyser nie był jakimś żółtodziobem z praktycznie zerowym doświadczeniem i gdyby to tego wszystkiego wiedział, co chce zrobić i jak chce to zrobić. Gdyby aktorzy nie byli z tej nieco niższej półki, zresztą jak i całe „zaplecze” techniczne. Gdyby na to dzieło producenci mieli nieco lepszy pomysł i zdecydowanie więcej kasy – mogłoby być dużo lepiej. Tymczasem to kolejna dość banalna sensacja, którą ogląda się po prostu raz i nawet nie poleca znajomym.
Co siedem lat, w dowolnie wybranym punkcie na światowej mapie, odbywa się turniej. Ale nie jest to taki zwykły, banalny turniej. W tym wypadku to pojedynek morderców, w którym wygrywa tylko jeden. Podczas gdy oni sobie walczą, bogacze bawią się w obstawianie. Przyznacie, że to dość osobliwe hobby… Jedni lubią wydawać kasę na konie, inni w kasynach, a jeszcze inni podczas zawodów o tytuł najlepszego mordercy. Poprzednim razem ostatnim, który uchował się bez dodatkowej ilości metalu w ciele, był Joshua Harlow (Ving Rhames, czyli pamiętny Marsellus Wallace z „Pulp Fiction”). Zgarnął on 10 dużych baniek zielonych i próbował zacząć żyć normalnie. Niestety, nie było mu to dane. Niedługo przed kolejnymi „zawodami” zostaje zamordowana jego żona. Zatem nasz zwycięzca musi wrócić, w końcu po to wymyślono zemstę. Oczywiście, żeby nieco skomplikować fabułę, dodano kilka innych elementów, takich jak mordercza, skośnooka piękność, psychol z giwerą i ksiądz z kryzysem wiary. Czas więc załadować magazynki i…
…czym prędzej skierować lufę w stronę skroni, po czym nacisnąć spust. „Turniej” to film totalnie nędzny. Wszystko wydaje się być ciekawsze i bardziej porywające, niż to dzieło, a przecież miała to być dynamiczna sensacja. Już naprawdę nie chcę się czepiać fabuły – strzelanie z radiowozu do helikoptera w moim ukochanym „Die Hard 4.0” też za wiele sensu nie miało – tu nie o to chodzi. Ale jak już bierzemy się za coś „nierealnego”, to zróbmy to tak, żeby nas pochłonęło, ba – wchłonęło nawet! Niech jest spektakularnie, niech jest chleb i są igrzyska! Niech krew leje się strumieniami, niech kule świszczą za uszami, niech jest MOCNO! A tu jest zupełnie bez smaku…
Ponoć ten film nie miał dużego budżetu, ale jestem przekonana, że brak wizjonerstwa i pomysłu twórców najbardziej mu zaszkodziły. Jednym słowem: koszmarek.
