Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

The War of the Roses

ONA:

Marudy też się kłócą. W całej naszej słodkości do porzygu, potrafimy rzucać na siebie mięsem, foszyć, ostentacyjnie trzaskać drzwiami, odrzucać połączenia telefoniczne, nie gadać ze sobą po kilkanaście godzin (3 pokoje bijaaacz, każdy może zamknąć się w swoim!). A o co się kłócimy? Nuda: o czas wolny i spędzanie go ze sobą, o skarpetki i burdel w szafie, o kasę – a jakże i całą masę innych głupot i błahostek. Na szczęście żadne z nas nie ma problemu z powiedzeniem „Przepraszam”, bo hej, jesteśmy tylko ludźmi. Po ciężkim dniu/tygodniu/miesiącu, w przypływie PMSa, wkurwienia na coś/kogoś najłatwiej wyżyć się na najbliższych osobach. Dlaczego? Bo są… Po moim ostatnim fochu (już nawet nie pamiętam o co, ale wiem, że Dejw w ramach prezentu typu „I’m sorry” pokroił mi serek do mojego pracowniczego obiadu w pudełku), a raczej podczas fazy końcowej, czyli tortury, zmusiłam ukochanego do obejrzenia „Wojny państwa Rose”. Akuratnie.

Mało kto wie, że Danny DeVito, puclaty maluszek, którego szczytową formę widzimy w filmach z lat 80-tych i 90-tych, sam kilkukrotnie stanął z kamerą, bawiąc się (z powodzeniem) w reżysera. Ja szczególnie lubię dwoje, z jego „dzieci”, a mianowicie „Starsza pani musi zniknąć” oraz wspomniane już wcześniej potyczki państwa Rose. I właśnie dziś rozprawimy się z tym drugim filmem.

Gavin (Danny DeVito) jest prawnikiem, który właśnie ma spotkanie ze swoim potencjalnym nowym klientem. Jegomość pragnie się rozwieść. Ma już swojej „starej” powyżej granicy przyzwoitości i chce zakończyć ten związek. Gavin zamiast z miejsca się zgodzić i zainkasować grubą kapuchę, stwierdza, że zanim doprowadzi do oficjalnego i pełnoprawnego rozdzielenia małżonków, musi opowiedzieć mu pewną historię. Olivier (Michael Douglas) przypadkiem poznaje Barbarę (Kathleen Turner). Momentalnie wpadają sobie w oko i przy okazji w ramiona. Szybki numerek może być albo jednorazową przygodą bez zobowiązań, albo początkiem czegoś pięknego. Mija kilka lat. Kochankowie, już jako państwo Rose, mieszkają w małej klitce ze swoimi berbeciami. Olivier tyra ponad siły, żeby piąć się po prawniczej drabinie, a Barbara pracuje jako kelnerka, która docelowo ma porzucić „zarabianie” i zająć się wychowywaniem dzieci i domem. Po jakimś czasie przeprowadzają się do większego mieszkania. Głównym zajęciem męża jest w dalszym ciągu tyranie, ale i odpowiednio czułe lizanie swoich szefów po dupach. Żoneczka zaś ciągle wypatruje domu, który stałby się ich własnym gniazdkiem. Szczęście w nieszczęściu (czyli zgon poprzedniej właścicielki) sprawiło, że Rossowie przeprowadzają się do pięknej posiadłości. Rozkład sił był taki, jak napisałam nieco wyżej: on zarabia (krocie), ona zajmuje się domem i dziećmi. Ale w pewnym momencie pociechy są już dorosłe i fruną dalej, a dom stał się idealny pod każdym względem. Co wtedy? Wtedy zwykle zostają obnażone wszelkie problemy, niesnaski, a o awanturę szybciej niż o nowe buty. Tak to jest, że ludzie, którzy żyją w różnych związkach czasami kumulują w sobie pewne rzeczy. Emocje narastają, pęcznieją, aż w końcu dochodzi do kulminacyjnego momentu, w której fala rzygów, gówna i ropy się wylewa. Po kolejnej awanturze Barbara oznajmia mężowi, że ma go dosyć i chce rozwodu. Jest bardzo łaskawą żoną, ponieważ nie ma ochoty ani na kasę męża, ani na nic innego, poza jedną, niewielką rzeczą. Chce domu. Chce jak cholera. A Olivier widząc jej determinację, jak cholera nie chce go oddać. Zaczyna się walka, prawdziwa wojna. Początkowo małżonkowie próbują jakoś mieszkać razem, dzieląc posiadłość na strefy jej, jego i wspólne. Nic z tego nie wynika. Każda „wspólna” chwila to kolejne pasmo niszczycielskich emocji, które przeradzają się w faktyczne. Kot nie żyje, ryba jest obsikana, buty nie mają obcasów, kolekcja porcelany tworzy górę gruzu, zabytkowe auto jest zmiażdżone, jest też kilka siniaków, otarć, jest jedno małe podduszenie w saunie, no i nadgryziony siusiak. Ale co za debil pozwala kobiecie, która jest na niego WKURWIONA na fellatio?! Finał jest spektakularny jak żyrandol w ich domu.

„Wojna państwa Rose” jest filmem o upartości i zawzięciu ponad wszystko. Historia jest i zabawna, i czarna, i trzymająca w napięciu, ma świetną oprawę muzyczną, a aktorzy są totalnie realni. Ich bezwzględność i nieustępliwość była imponująca.

Na szczęście Marudy nie mają takiego żyrandola.

ON:

Zakochane pary się kłócą, małżeństwa się kłócą, ludzie się kłócą. Tak już jest, że gdy mamy odmienne zdanie na jakiś temat i już brak nam argumentów, gdy coś nas irytuje tak niemiłosiernie, że nas trafia, to zaczynamy wytaczać ciężkie działa i wszczynamy wojny. Tak, my (ja i Papi) też się czasem pokłócimy, wtedy nasz dom zmienia się w scenę z iście włoskiego filmu, gdzie kobieta wymachuje rękami i gestykuluje wylewając z siebie potok słów, a facet zaciska zęby, każe babie pobiegać i wali pięścią w ścianę. Oczywiście później mamy „hepiendy” i wzajemne przepraszanie się, a rodzice dostają wtedy na kino. Na szczęście takie sytuacje są dość sporadyczne, ale tak wygląda życie i nikt tego nie zmieni. Nawet najlepsze pary czasami muszą na siebie krzyknąć.

W ramach niedzielnego popołudnia Paulina zaserwowała mi film pod tytułem „Wojna państwa Rose”. O dziwo jest to dzieło z moich szczenięcych lat, a ni cholery nie pamiętam abym je wcześniej widział. Najlepsze jest to, że reżyserem tego obrazu jest Danny DeVito. Gdy się tego dowiedziałem, po prostu opadała mi szczena. Cała opowieść zaczyna się w gabinecie Gavina D’Amanto – adwokata, speca nie tylko od rozwodów. Na krześle po drugiej stronie biurka zasiada nowy, zdecydowany na rozstanie się z żoną, klient. Zanim Gavin rozpocznie całą procedurę rozwodową, postanawia podzielić się z mężczyzną pewną historyjką. Zaczyna więc snuć opowieść o małżeństwie iście doskonałym. Bajka zaczęła się naście lat temu, gdy młody Oliver Rose przypadkowo spotkał Barbarę. Wspólne zauroczenie porcelanową figurką skończyło się w łóżku, a później był ślub i dwójka dzieci. On jest prawnikiem, ona kelnerką. Z biegiem lat jego kariera rozwija się tak bardzo, że stać ich na wielki dom, dwa auta, gosposię i wysłanie dzieciaków na najlepsze uczelnie. Gdy Oliver spędza kolejne dni w pracy, Barbara wynajduje dom marzeń, który zaczyna pieczołowicie remontować i urządzać. Większość gotówki pochodzi z zarobków męża, ale po kilku latach gospodarna pani domu zaczyna także zarabiać kasę. Gotówka spływa z jej „pasztetowego” biznesu. Mija trochę czasu, dzieci są już prawie dorosłe, a małżeństwo weszło na nowy poziom. Bowiem wielkimi krokami zbliża się separacja i rozwód. Gdzieś po drodze oboje małżonkowie popełniają masę błędów, które doprowadzają do wzajemnej frustracji. Zaczyna się więc walka, mająca zdecydować kto zgarnie dom, a kto odejdzie z kwitkiem. Oboje chcą zachować posiadłość tylko dla siebie, co jest kolejnym powodem do konfliktów, a pan i pani Rose przechodzą do słów do czynów. To nie jest już zwykła kłótnia, ale zagrażająca zdrowiu, a może i życiu otwarta batalia, w której nie bierze się jeńców.

Można powiedzieć, że mamy do czynienia z czarną, obyczajową komedią, którą polecam każdej parze, niezależnie do „wspólnego przebiegu”. Dzięki temu będziecie mogli zobaczyć, jakich błędów unikać i sprawdzić na jakim etapie jest wasz zwizek. Polecam.