ON:

„Back to the future part II” nie jest jakimś tworem, który miał na siłę wyciągnąć kasę z fanów pierwszej części. Wydaje się, że scenarzysta Bob Gale od samego początku miał w swojej głowie taki plan, by stworzyć ogromne, rozbudowane dzieło, które naprawdę trzyma się kupy. Co ciekawe udało mu się to. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że przewijające się w tle postacie pojawiają się w kolejnych częściach, mają swój udział w historii i wszystko to ma sens, nie naruszający przy okazji kontinuum czasowego.

Opowieść wyreżyserowana przez Zemeckisa zaczyna się w tym samym miejscu, w którym zakończyło się „Back to the future”. Marty wraca do domu, widzi, że wszystko jest okej i ma zamiar pojechać z ukochaną do domku nad jeziorem. Nie jest im jednak dane spędzić romantycznego weekendu z dala od ludzi, ponieważ ni stąd, ni zowąd pojawia się profesor. Oznajmia Marty’emu, że przybywa z przyszłości, gdyż losy jego dzieci są bardzo zagrożone. Okazuje się, że nic nie jest takie różowe, jakby chcieli tego bohaterowie. Marty oraz jego dziewczyna mogą obejrzeć samych siebie za tych kilka dobrych lat. Nadchodzące lata są dziwne, a nawet dziwaczne, a co gorsza – jedna osoba sprawia, że całe kontinuum zostaje lekko zachwiane. Z tego powodu dwójka podróżników w czasie musi cofnąć się znów do 1955 roku, kiedy to rodzicie Martyego poznali się po raz pierwszy. Ile tu pomieszania z poplątaniem, ile sytuacji kryzysowych! Nie dość, że oglądamy nową historię, to jeszcze mamy możliwość po raz kolejny obejrzenia części wydarzeń z „Back to the future” tyle, że z zupełnie innej perspektywy.

Pomimo, że druga część wydaje mi się najsłabszą z serii, nadal mamy do czynienia z wyjątkowo dobrym kinem. Nie można się tutaj przyczepić do niczego. Gra aktorska ciągle jest na wysokim poziomie, efekty specjalne są wyjątkowo dobre, jak na ówczesne lata, no i co najważniejsze – ja uwielbiam wizję przyszłości, jaką zaserwowali nam twórcy. Kostiumy oraz technologie, ukazane w tej części, potrafią rozbawić, czasem trącą myszką, a czasem po prostu szokują. Najważniejsze, że wszystko bawi i relaksuje, a to ma nam dać tego typu kino.

Fantastyczne jest to, że ilość pseudonaukowego bełkotu ograniczono do minimum. Nikt nie stara się nam na siłę przetłumaczyć zasad działania wehikułu czasu – są oczywiście jakieś podstawy, ale to drobiazg. Może czasem idzie się zgubić w kolejnych wcieleniach naszych bohaterów i powiedzieć, który Marty jest tym z 1985 roku, ale to drobiazg, z którym poradzi sobie każdy fan serii.

ONA:

Po pierwszej części BTTF można było być wręcz pewnym, że druga część to tylko kwestia czasu. I oto cztery lata po premierze epizodu otwierającego historię, przyszedł czas na sequel, którego akcja dzieje się w 2015 roku. Dla nas to przecież bardzo „namacalna” data, ale w 1989 roku wyobrażano sobie ten czas jako absolutny sci-fi. Tymczasem naukowcy na całym świecie dwoją się i troją, olewając badanie kosmosu i wynajdywanie leków na najgorsze choroby, bowiem mają niecałe 10 miesięcy by wynaleźć i wyprodukować latające deskorolki.

Kiedy Marty’emu udało się uratować samego siebie, a przy okazji „naprawić” nieco rodziców, znowu pojawił się szalony profesorek, który naszemu bohaterowi od razu powiedział, że trzeba udać się w przyszłość, bo na jego bliskich czyhają tam problemy. Marty oczywiście nie chce pozwolić, by jego przyszłym dzieciakom działa się krzywda, więc wskakuje do wehikułu czasu i po chwili jest już trzy dekady później, w 2015 roku… A w nim problemy dopadają przede wszystkim Juniora. Kiedy już Marty uporał się z synem i wydawać by się mogło, że nic nie jest w stanie zaszkodzić spokojowi rodziny, wtedy postanawia wykorzystać możliwość, której nie miał nikt poza nim. Kupuje książkę, w której spisane były wszystkie wyniki imprez sportowych z ostatnich lat, a po powrocie do „swoich” czasów chce obstawiać je tak, by przyszłość była zabezpieczona finansowo… Doktorek ostrzegał, że to nie tylko nieetyczne, ale i mocno zagrażające kontinuum czasowemu, ale wtedy jest już za późno. Nie, Marty nie zdążył obstawić… Wpadł w dużo większe tarapaty… Czeka go sprzątanie w nie tylko w przyszłości, ale i w przeszłości!

Przyznam szczerze, że z wszystkich trzech części BTTF dwójka mnie najmniej „bierze”, ale nadal – to świetny film. On kapitalnie łączy pierwszy i ostatni epizod. Jest taką trochę furtką, która otwiera się w obie strony. Co prawda z perspektywy osoby, która żyje w 2014 roku wizja „przyszłego” świata jest bardzo groteskowa, tak podejrzewam, że ludziom z lat 80tych mogła ukazywać się właśnie w ten sposób. W tej części dużo się dzieje i pamiętam, że po pierwszym seansie byłam strasznie skołowana. Ale to wszystko spina się wielką klamrą, tylko my skaczemy raz do przyszłości, raz do przeszłości, by potem wrócić do teraźniejszości, chociaż nie – najpierw czeka nas jeszcze bardziej „przeszła” przeszłość. Ale o tym jutro.

Pod „pretekstem” komedii po raz kolejny otrzymujemy film, w którym zawiera się wiele prawd życiowych. Po pierwsze: nigdy nie wiesz co czeka Cię w przyszłości. Po drugie: na przyszłość zawsze wpływa przeszłość. Po trzecie: są na świecie ludzie, którzy chętnie wbiliby Ci nóż w plecy. Po czwarte: ale na szczęście są też i tacy, którzy są życzliwi dla Ciebie i zawsze stoją obok.