ONA:

Jesteśmy świeżo po ogłoszeniu nominacji do tegorocznych Oscarów. I praktycznie w większości kategorii pojawia się ten sam tytuł – „Lincoln”. Najlepszy film, aktor pierwszo- i drugoplanowy, najlepsza aktorka (też z drugiego planu). Najlepszy reżyser, scenariusz, muzyka, scenografia, a potem kostiumy, zdjęcia (tu polski akcent: Janusz Kamiński) i dźwięk. Kończymy na montażu. Jak to się skończy? O tym dowiemy się już niebawem, kiedy to oczy wszystkich fanów filmów, zwrócone będą w informacje o zwycięzcach… I tak sobie myślę, że faktycznie, „Lincoln” może zmieść konkurencję…

Jestem zdania, że kręcenie filmów biograficznych to bardzo trudna sprawa. Już pomijając kwestię tego, że twórcy bardzo często próbują zrobić ekranizację całego życia, od narodzin aż po śmierć, gdzie w większości przypadków merytoryka potraktowana jest bardzo po macoszemu. Ale z kolei skupianie się wyłącznie na jednym wątku odrywa widza od kontekstu, co też psuje odbiór. Nie należę również do osób, które lubią oglądać historię z innego punktu widzenia, szczególnie, gdy jest on bardzo beznadziejny. Klasyczny przykład to film o Coco Channel z 2009 roku, z Tautou w roli głównej. Tam bohaterka, która przecież była geniuszem sztuki użytkowej, przedstawiona została nie jako krawcowa, bizneswoman, tylko jako ckliwy babiszon, który wplątuje się w bezsensowne związki… To był cios poniżej pasa! Ja uwielbiam fakty. Fakty, które zostają zobrazowane w piękne dzieła. Fakty, które nie zaskakują mnie, bo zwykle wspomagam się Wikipedią i wiem kto wygra bitwę, ale nie chcę by pokazywano mi fantastyki, podczas gdy ja chcę na chwilę przenieść się do danej epoki…

Steven Spielberg pracował nad tym filmem przez ponoć dekadę. Tak, to widać. Z tego co wyczytałam, początkowo film miał dotyczyć całego życia prezydenta Lincolna, ale w końcu twórcy skupili się na kilku wątkach, gdzie najważniejszym była 13 poprawka do Konstytucji, która miała znieść niewolnictwo. W tle widzimy również sytuację polityczną, bo Stany skąpane były wtedy w bratobójczej wojnie domowej, widzimy problemy rodzinne Lincolnów… Spielberg zdecydował się zekranizować powieść Doris Kearns Goowdin, która kręciła się właśnie wokół tych wątków. Zatem do dzieła. Skompletowanie obsady i ekipy zrobione zostało z wybitnie spielbergowskim rozmachem. Role główne: Daniel Day-Lewis (jako Lincoln), Sally Field (Mary Todd), Tommy Lee Jones (Thaddeus Stevens). Muzyka: John Williams. Zdjęcia: Janusz Kamiński. Montaż: Michael Kahn. Same wielkie nazwiska, sami wielcy twórcy. I bez wątpienia ta wielkość została przeniesiona na duży ekran.

Film jest bajecznie spokojny, zrównoważony. To opowieść o historii, o niezwykle ważnych ludziach i jeszcze ważniejszych wydarzeniach. Abraham Lincoln jest tu superbohaterem, ale nie w takiej formie, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. On nie jest napromieniowany, nie strzela z rąk siecią, nie ma też ogromnego majątku i wynalazków, które dodatkowo podbijają jego moc. Nie jest mrocznym rycerzem, nie ukrywa się za maską. W ciele Daniela Day-Lewisa wygląda dosyć mizernie. Jego napięty harmonogram dnia, wątpliwej jakości dieta, dużo nerwów i problemów – odbijają się na wyglądzie. Jest chudy, ma zapadłe policzki, często przygaszony wzrok. Ale to tylko fizyczność. Jego moralność sprawia, że jest wojownikiem, który potrafi poderwać tłumy. Wolność wszystkich – to jego nadrzędny cel. Cel, do którego brnie, cel, który splamiony jest krwią i nieszczęściem wielu osób, których kości bielały na frontach amerykańskiej wojny domowej pomiędzy północnymi a południowymi stanami. Ale widzimy również Lincolna jako męża i ojca. Jego ciągłe sprzeczki z żoną, która nie potrafi poradzić sobie z samą sobą po śmierci syna… Sally Field gra takie role rewelacyjnie. Jej ekspresja, jej emocje są prawdziwe. Początkowo budzi w nas wkurzenie, no co za okropny babon! Ale potem, kiedy po raz kolejny udowadnia, że ma jaja – zaczynamy z nią sympatyzować. Podobnie jak z Stevensem. Kurcze, kiedy ten Tommy Lee Jones tak się postarzał?

Film jest długi i owszem – są momenty przegadane, naciągnięte. A potem, kiedy „polowanie” na zwolenników 13 poprawki nabrało tempa, krew w moich żyłach płynęła tak szybko, że słyszałam to dudnienie. Tak, ja fanka wybuchów, pościgów, strzelanek, polowania na kosmitów siedziałam z zapartym tchem, wypełniona podnieceniem i nakręceniem. I dobrze wiedziałam, że poprawka zostanie przegłosowana na tak, ale mimo to – przejęcie sięgało zenitu… I żeby nie było – w kilku miejscach wzruszyłam się bardzo.

Jak każdy film z prezydentem w roli głównej, bądź też w tle, film jest pompatyczny. Jest, oj jest. Patos wylewa się z każdej klatki, można wręcz powiedzieć, że to dzieło nosi znamiona propagandy. I mam to gdzieś. Warto go obejrzeć nie tylko z powodu genialnego wykonania, z powodu świetnej muzyki, zdjęć i całej reszty, która składa się na coś, co potocznie nazywane jest „filmem”. Film opowiada o bardzo ciekawych wydarzeniach, o interesujących ludziach i o moralności. Zastanawiam się kiedy takie dzieło powstanie w naszym kraju. I mam nadzieję, że nie będzie kręciło się wokół wraku samolotu.

ON:

Z filmem “Lincoln” mam duży problem. Mógłby to być naprawdę widowiskowy i obraz, za którym stoi Spielberg, ale niestety tak nie jest. Nie przepadam za stricte historycznymi opowieściami. Może inaczej, nie lubię historii, w których się nic nie dzieje. Niestety, tu tak jest, bowiem przez trzy godziny nic się nie dzieje. Reżyser postarał się naprawdę o wszystko, aby oddać klimat oraz realia epoki, wydaje mi się jednak, że to za mało, aby zachęcić do spędzenia trzech godzin przy “Lincolnie”. Na pewno spowodowane to jest tym, że nas Europejczyków, mnie jako Polaka, “13 poprawka” zupełnie nigdy nie dotyczyła. Rozumiem idę tego dokumentu, jak ważny on był dla historii Stanów Zjednoczonych oraz jej czarnoskórych mieszkańców. To tak jakby na rynek amerykański wrzucić film o konstytucji 3-go maja.

Ponieważ Spielberg zrezygnował z całej biografii Abrahama i skupił się na jednym tylko dokumencie, to nie mamy tutaj widowiskowych walk pomiędzy północą i południem. Większość scen dzieje się w ciemnych i dusznych salonach, gdzie odbywają się kolejne nieskończone debaty. Pokazany jest upór Lincolna, w którym dąży do zdobycia większości głosów podczas głosowania nad dokumentem. Nie ukrywam, że na pewno była to historyczna chwila i trzeba przyznać, że sama scena głosowania jest naprawdę świetnie zrobiona i potrafi trzymać w napięciu, pomimo tego, że wiemy jaki jest jej koniec.

Kilka dni temu ogłoszono nominacje do Oscarów. 12 z nich może otrzymać „Lincoln”, kilka z nich na pewno mu się należy. Zdjęcia są naprawdę bardzo dobre, Daniel Day-Lewis grający Lincolna wypadł świetnie, scenografia i kostiumy to majstersztyk, ale to wszystko. Nie uważam tego filmu za oscarowy. Wydaje mi się, że w 2012 było kilka innych bardziej zasługujących na tą najważniejszą statuetkę.

Dodatkowo, jeśli nie znacie za bardzo historii USA, to kolejne nazwiska po prostu będą wam wpadać i wypadać do i z głowy, nie wnosząc za wiele do obrazu. Tak naprawdę nie ma tu za wiele pobocznych wątków, czasami pokazana jest jakaś „rodzinna” scena z życia Lincolna, ale nic poza tym. Ponieważ skupiamy się na 13 poprawce to całość wygląda mniej więcej tak:

Lincoln: „Musimy przegłosować 13 poprawkę, bo uważam, że jest dobra.”
Jego pracownicy: „Ale jak zdobyć głosy?”, „Co mamy robić?” itd.
Lincoln: „Kombinujcie, kłamcie, przekupujcie.”

Potem pokazane jest jak pracownicy Abe’a robią co im rozkazał. Czasem się im uda, czasem nie i robimy powrót do powyższego dialogu. Tak jest kilka razy, aż dojdziemy do słynnego głosowania. Koniec.

Jeśli więc lubicie kino historyczne, ale takie, gdzie się więcej gada niż działa, to jest to film dla was, a w innym przypadku unikajcie jak ognia. Dla mnie „Lincoln” przegrał z „Abrahamem Lincolnem: Łowcą wampirów”, który mimo tego, że był także przydługawy bronił się nadmiarem akcji.