ON:

Cholera, kilka dni temu dowiedziałem się o innej, „bardziej atrakcyjnej” stronie prezydenta Stanów Zjednoczonych – Abrahama Lincolna. Okazuje się, że pan w cylindrze w latach młodzieńczych poza polityką, zajmował się polowaniem na wampiry. Serio! Taka historia Ameryki jest o wiele ciekawsza, niż nauka o wojnie pomiędzy północą a południem. Niestety, cała opowieść jest wyssana z palca, a dokładnie z głowy scenarzysty. Nie ukrywam, że ciekawe były by takie lekcje, na których opowiadalibyśmy się  jakiego Lincoln wampira ubił.

Film historie ma prostą jak konstrukcja cepa. Młody, przyszły prezydent, jest świadkiem jak jego matka zostaje pogryziona przez nocnego łowcę. Od tego czasu jego myśli krążyły tylko wokół zemsty. Minęło kilka lat, chłopak dorósł i porwał się z „pistoletem na wampira”. Słabo mu to poszło, można powiedzieć, że wręcz „wujowo”. Gdyby nie pomoc Henry’ego Sturgesa, to z chłopaka zostały by raczej kawałki, a 13 poprawka nawet by nie pojawiła się w annałach historii. No ale jednak wszystko potoczyło się inaczej i poobijany Abe obudził się w domu nieznajomego. Od początku coś nie gra, ale Abraham nie za bardzo się tym przejmuje. Struges opowiada mu o krwiopijcach oraz jak z nimi walczyć. Ponieważ Lincoln bawił się kiedyś w wycinkę drzew, jego ukochaną bronią łowiecką stała się słodka i niewinna posrebrzana siekiera. Chłopak zabija pierwszego wampira, ale nadal czeka na swój dzień, kiedy zemści się za śmierć matki.

Nasz łowca przeprowadza się do “większego miasta”, gdzie zaczyna studiować prawo. Ponieważ kasy za wiele w jego portfelu nie ma, to wynajmuje niewielki pokoik u właściciela sklepu, w którym pracuje. Raz na jakiś czas dostaje list od swojego nauczyciela, z kolejnym zleceniem. Ponieważ wampiry panosza się na lewo i prawo, ponieważ nauczyły się dawać radę z promieniami słonecznymi, to polowanie nie jest już takie łatwe. Kolejne listy, to kolejne wampirze głowy. Oczywiście, nie może się obejść bez pięknej kobiety, która będzie towarzyszyć w życiowej podróży Lincolna. Mowa tutaj o Mary Todd. Tak naprawdę, patrząc po starych fotografiach, to wielka maszkara z niej była i Lincoln-łowca powinien tego bazyla najpierw zapier… Ale wiadomo, w filmie to nawet ładne dziewczę było. No to tak, Abe zaczyna bywać na salonach, ukochana nie wierzy do końca w jego drugą „nocną działalność”. Oczywiście, w tle pojawia się także wojna „północ-południe” oraz zniesienie niewolnictwa. No i będzie też ten jeden jedyny zły „książę nocy”.

Dobra, filmik głupi jest jak diabli. Nie wiem po jaką cholerę wsadzili tam Abrahama Lincolna. To jak by zrobić „Mikołaj Kopernik łowca trolli” lub „Jarosław Kaczyński pogromca smoków” (Ona: dziewic). Chociaż to ostatnie to bez sensu, ale dobra – zostawmy. Mimo całej tej naciąganej historyjki, mimo bzdur i braków, film ogląda się naprawdę fajnie. Dużą rolę odgrywają zdjęcia, za które odpowiada Joseph Caleb Deschanel – naprawdę jest tutaj kilka takich ujęć, że głowa mała. Piękne, naprawdę piękne kadry i zwolnienia dodają temu obrazowi jakieś dwa dodatkowe punkty. Jeśli ktoś lubi dziwne, przekoloryzowane kino, lubi wampiry oraz lekkie historyjki, to na pewno Abuś będzie dobrą rozrywką na zimowy wieczór. Warto wziąć do niego butelkę dobrego wina, przekąski i smakować głupotki.

ONA:

Jest sobotni wczesny wieczór, w moim organizmie wymieszana jest wiśniówka, którą zrobił tato, z białą formą brownie, które zeżarliśmy zaraz po tym, jak wyjęłam je z pieca. Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że ten dziki tydzień, który boleśnie zakończył mój urlop, skończył się i teraz, gdy mieszkanie jest wysprzątanie, gdy zdjęcia są obrobione, nadszedł czas relaksu. Wiecie, że nie obejrzeliśmy w tym tygodniu żadnego filmu? Na szczęście w ubiegłą niedzielę zrobiliśmy sobie dzień w łóżku, z laptopem. I w ciągu jednego dnia obejrzeliśmy dwa filmy, w których głównym bohaterem był Abraham Lincoln. Oba były zupełnie różne. Zacznę od tego, który mnie bardziej zaszokował…

Kiedy w kinach zobaczyliśmy trailer do „Abraham Lincoln: łowca wampirów” parsknęliśmy śmiechem. Oczyma wyobraźni zobaczyłam z miejsca coś tak beznadziejnie żałosnego, że głowa mała. Znowu wampiry, na które tym razem ma polować stary, dobry Abe. Nie za bardzo zrozumiałam wtedy po co jeden z najważniejszych prezydentów USA został tak boleśnie wmieszany w komercyjną papkę, ale odłożyłam w myślach ten film na półkę „Nie, nie obejrzę, szkoda życia”.

No i co mam teraz powiedzieć? Że jestem hipokrytką? A może, że oceniam wyłącznie po okładce? Dawida coś tknęło, żeby zobaczyć jak to koleś w cylindrze poluje na obsysaczy i po chwili wpatrywaliśmy się w monitor w absolutnej ciszy… Ten film jest niezły, poważnie… I chyba powoli zaczynam rozumieć dlaczego Lincoln został wmieszany w tą produkcję, ale od początku…

Film zaczyna się z tak ogromnym patosem, że bolą zęby. Najpierw mały Abe w bohaterskim geście stara się pomóc swojemu czarnoskóremu koledze, a potem umiera jego matka, która w ostatnich słowach do syna mówi o wolności. To, co usłyszał od rodzicielki, gdy ta w mękach konała, na zawsze stało się jego życiową maksymą. Ale zanim zabrał się za wolność i równość, musiał załatwić jeszcze jedną sprawę… Otóż Abe wiedział dlaczego tak nagle zaczęła umierać mu matka. Wiedział co się stało, że z pełnej życia i zdrowia kobiety, stała się denatem… Otóż pewnej nocy do domu Lincolnów zakradł się okrutny wampir, który po wbiciu zębów w matkę przyszłego prezydenta, wyssał z niej życie. Oczywiście, na oczach syna, który poprzysiągł zemstę… A potem już z górki. Kilka(naście) lat później dorosły już Abraham (Benjamin Walker) chce upolować to coś, co odebrało mu matkę. Ale nie znając tematu, idzie mu dosyć słabo… Na jego drodze staje Henry Sturgest (Dominic Cooper), który podrzuca mu kilka pomysłów jak sobie radzić z wampirami. Między panami zaczyna rodzić się przyjaźń, a Lincoln, uzbrojony w posrebrzaną siekierę i wiedzę, rusza wypowiedzieć wojnę wszystkim krwiopijcom… I idzie mu całkiem nieźle… I gdzieś tam po drodze poznaje Mary, zostaje prezydentem,walczy o równość i wolność z ludźmi, i o życie z wampirami. Wiadomo…

Historyjka jest błaha. Mieszają się tu wszystkie możliwe uczucia. Jest odwaga, potem rozpacz, potem chęć zemsty, a kiedy w końcu udaje się ją zrealizować, pojawia się odpowiedzialność za innych. Jest przyjaźń, ale gdy przyjaciel okazuje się nie być w stu procentach szczerym, mamy wkurzenie. A potem znowu wraca jakieś bardziej pozytywna emocja – współczucie. Jest też i miłość, miłość, której wcale nie powinno być. Znowu mamy odwagę, znowu mamy troskę i odpowiedzialność. I zdradę. A potem sukces. I taka sinusoida trwa przez cały film, chociaż nie wydaje mi się, żeby to był zły manewr. Oczywiście, w finale główną rolę ma happy end, chociaż dobrze wiemy, jak życie Lincolna zakończyło się.

Reżyserem filmu był Timur Bakmambetow (czemu oni nie zmieniają nazwisk, jak zaczynają robić jakieś kariery?!), którego ja znam wyłącznie z „Wanted” – ale taka rekomendacja mi wystarczy. Ten koleś lubi takie pokręcone historie, które są oczywiście nierealne, ale gdzieś z tyłu głowy, w miejscach, w których impulsy nerwowe łapią powątpiewanie, trysnęła myśl „A może jednak?”. Nie, to głupie… Chociaż…? Ale pomijając już fabuły, które zaskakują, pan Timur lubi ładne ujęcia. Pan Timur kręci to tak, jak ja ukochuję najbardziej. Jest dynamika, która przeczy prawom fizyki, ale co z tego. Pięknie prowadzi kamerę, a zdjęcia, które są połączeniem rzeczywistości z obróbką graficzną, pieszczą moje oczy. Fabuła zaś ma w sobie elementy horroru, fantasy, akcji, z domieszką komedii, bo już na pierwszy rzut oka widać, że ten film to satyra. Satyra, na to całe kino superbohaterskie, gdzie kolejni wojownicy, ubrani w latex, walczą ze złem. Tu takim superbohaterem jest prezydent, który FAKTYCZNIE odznaczał się męstwem, odwagą, który był śmiały, który był wzorem do naśladowania, który chronił WSZYSTKICH ludzi.

Ej, teraz poważnie. Ten film jest fajny. Nie jest świetny, nie urywa żadnej części ciała, ale wciąga, zaskakuje, daje do myślenia – i co jest dla mnie niezwykle ważne – jest mega dynamiczny.