Oj tak. Oj tak, tak, TAK!
Mark Wahlberg to mój sposób na leczenie po ciężkim dniu. Kiedy wykopię się z pracy i okazuje się, że nawet ja mogę mieć trochę czasu wolnego…
Deepwater Horizon – recenzja
Spędziłam dwa wieczory z wiecznie młodym i przystojnym Markiem i chyba trudno byłoby mi wybrać który film podobał mi się bardziej. Oba były… no, z pierdolnięciem.
Dobra, więc najpierw niech będzie film na faktach.
Czy wspominałam kiedyś, że uwielbiam produkcje biograficzne?
Nie? Ok.
Deepwater Horizon to nazwa platformy wiertniczej. Absolutnie nic mi to nie mówiło. Rozszerzmy więc dalej: to była ta platforma, która w 2010 roku pierdolnęła, zabijając 11 osób, niszcząc florę i faunę, rozpierdalając turystykę i przemysł. Według szacunków wyciek 666 tysięcy TON ropy spowodował jedną z największych katastrof ekologicznych w naszych czasach.
Za historię tej tragedii postanowił zabrać się Peter Berg (reżyser) oraz M. Carnahan i M. Sand (scenarzyści).
Okeeej, niewiele mi te nazwiska mówiły. Zatem zerknijmy co panowie zrobili. Berg nakręcił Hancocka, Battleship i Lone Survivor. Carnahan napisał scenariusz do World War Z i The Kingdom. Sand jeszcze niewiele zrobił, ale dorobek tych dwóch… no, bierze mnie.
I do tego Wahlberg!
Nie wkręcając sie w fabułę – wszyscy wiedzą o co chodzi – film wciągnął mnie totalnie. Dużo się tu dzieje, a to, w jaki sposób jest zmontowany sprawia, że zgubiłam prawie 110 minut. Mam wrażenie, że wszystko tu można zamknąć w opisie „kontrolowany chaos”. Dokładnie tak. I widać tu solidny fundusz, który poszedł na ten film. To produkcja z pierdolnięciem. Tak tu właśnie miało być. Po prostu siedzisz, oglądasz, przestajesz oddychać i mrugać.
A przecież i tak wszyscy wiedzieli jak ta historia się skończyła.
To jest dopiero sztuka! Nagrać film biograficzny, który i tak zaskakuje.
Dwa dni później obejrzałam kolejny film Berga. Z Wahlbergiem. Też na podstawie prawdziwych wydarzeń. Damn! Ależ to było dobre! Do przeczytania niebawem!

