ON:
Z serią „Metal Gear” miałem styczność dobrych kilka lat temu, kiedy na półce pod telewizorem leżał szaraczek z logiem PS. W moje łapy wpadła wtedy (o zgrozo) włoska wersja „Metal Gear Solid”, jeśli dobrze pamiętam to była ona na kilku płytach i gdyby nie poradnik, to pewnie bym tej gry nie skończył. Okazało się jednak, że się udało. To była chyba pierwsza „skradanka”, w jaką przyszło mi zagrać. Mimo tego, że za grosz nie wiedziałem o co chodzi – mam na myśli fabułę. Włoski bełkot był nie do zniesienia, ale ziarnko zostało zasiane. Wiedziałem, że będę chciał zagrać w kolejną odsłonę serii. Ponieważ nie miałem PS2, musiałem trochę poczekać, zanim w moje łapy wpadł „Sons of Liberty” w wersji PC. Kolejna część, mimo niemożliwe „zjerdolonego” sterowania w wersji komputerowej, znów przyniosła wiele zabawy. Później były kolejne części, pojawiła się reedycja na Xboxa! Alleluja!! W tym czasie świat ujrzały zapowiedzi na temat nowego dziecka: „Metal Gear Rising: Revengeance”
Wiadomo było, że gra zerwie ze standardem jaki panuje w serii. Nie będziemy się już skradać, lecz staniemy oko w oko z przeciwnikiem. Dlaczego mówię o takim sposobie walki? Ponieważ naszą główną bronią będzie nanokatana. Dobra, zapożyczyłem sobie nazwę z „Cyberpunka 2020”, ale idealnie ona określa miecz, jakim przyjdzie się nam posługiwać. Kolejną zmianą jest to, że wcielimy się nie w Solid Snake’a, ale w Raidena, który już kilka razy przewijał się przez kolejne części serii. Ojcem tytułu jak zwykle pozostał Hideo Kojima, jednak pewne elementy gry, o których wspomnę później spowodowały, że zdecydował się on przenieść ciężar produkcji na inny „team” i tak gra trafiła pod skrzydła „Platinum Games”. Developer ten, mający na swoim koncie kilka przebojowych produkcji między innymi „Bayonette” oraz „Vanquish”, pokazał na co go tak naprawdę stać.
„Metal Gear Rising: Revengeance” jest kwintesencją cyberpunka, shlashera i gry akcji. Cała historia lekko nawiązuje do poprzednich gier z serii, ale jest tak naprawdę oddzielną opowieścią, odcinającą się trochę od korzeni. Warto potraktować ją jak dobry cyberpunkowy film. Pojawią się tutaj cyborgi, mechy i nanomaszyny. Całość zaś skupi się na wspomnianym Raidenie, postaci bardzo specyficznej i często krytycznie ocenianej przez fanów. Los nie potraktował go łagodnie (a może powinienem powiedzieć Kojima?), gdyż z „bishonena” przechodził kolejne etapy, aż po bolesnych przejściach osobistych wylądował w pancerzu. Możemy mówić, że mamy do czynienia z „duchem w pancerzu”. Praktycznie w pełni zcyborgizowany Raiden nie mógł powrócić do czasów, które minęły. „Platinum Games” zrobiło z nowej części spin-offa. Postanowiono opowiedzieć nową historię, mającą na celu przyciągnięcie nowych graczy. Jeśli spodoba im się pomysł, jest szansa, że chwycą starsze części serii. Wydarzenia w „Metal Gear Rising: Revengeance” dzieją się cztery lata po MGS4 i opowiadają o dziejach Raidena po tym jak stał się ochroniarzem VIP-ów. Historia zacznie się w Libii, a później przeniesie naszego bohatera w kolejne regiony świata. Nie chcę za bardzo się nad nią rozwodzić, ale trzeba przyznać, że po drugim akcie jest naprawdę nieźle.
Jak już pisałem – mechanika gry jest inna. Nie ma skradania się (mimo, że możemy po cichaczu eliminować wrogów), za to mamy ostrą akcję i wyrzynkę. Główną bronią naszego bohatera jest wspomniana wcześniej katana, dająca nam pełną swobodę w cięciu przeciwników i robieniu z nich sushi. To właśnie był powód przeniesienia produkcji pod skrzydła „Platinum Games”. Wyobraźcie sobie, że walczycie z przeciwnikiem i doprowadziliście do sytuacji, że jest już zmiękczony. Przytrzymując lewy spust na padzie wchodzimy w tryb swobodnego cięcia i robimy z nieszczęśnika 200 krwawych kawałeczków. Wyrywanie kręgosłupów? Proszę bardzo. Odcinanie kończyn? Dlaczego nie. Tak właśnie. Nowy „Metal Gear” jest brutalny, jak tylko brutalny może być świat „Cyberpunka”. Nie ma kompromisów – zginiesz ty lub twój wróg. Jak już jesteśmy przy walce i brutalności. „MGR:R” ma jedną ogromną wadę, a mianowicie poziom trudności. Na „normalu” potrafiłem powtarzać niektóre sekwencje po kilka razy, gdyż nawet najsłabsi przeciwnicy mogą napsuć krwi. Powodem tego jest system bloków, który przez szalejącą czasem kamerę potrafi szwankować. Tak naprawdę to jedyny minus tej gry.
Graficznie tytuł ten nie ma się czego wstydzić. Jest on bardzo ładny. Widać tutaj MGS-owe zapożyczenia, co tylko wychodzi na dobrze grze. Dzięki temu od razu rzuca się w oczy, że mamy do czynienia z kolejną grą z serii. Choreografia ruchów naszego bohatera oraz przeciwników, to czysty majstersztyk. Nie jedna bijatyka nie posiada tak szerokiego wachlarza ruchów, jakie ma Raiden. Techniki walki mieczem, sai, czymś w rodzaju włóczni i innymi przedmiotami okraszone są przepięknymi, dynamicznymi animacjami i finisherami, które cieszą oko.
Muzyka i udźwiękowienie to kolejna porcja smakowitości. Wygląda na to, że tu również nie pojawią się żadne wady. Podczas zwykłego „zwiedzania” mamy spokojną nutę, a gdy dochodzi do starć, zaczyna się ostre rockowe granie. To tylko potęguje napięcie i poczucie bycia w środku akcji. Oczywiście, nie zabrakło dobrze znanego dźwięku, który towarzyszy pojawieniu się wykrzyknika przy zaalarmowanych przeciwnikach oraz specyficznego odgłosu telefonu, podczas przychodzących do nas rozmów.
Warto dodać, że pojawiają się także smaczki. Czy to w postaci nawiązań do współczesnej sytuacji politycznej, czy do popkultury (np. żółwie ninja). W dowolnej chwili możemy zadzwonić do naszych pomocników z bazy i przedyskutować z nimi to, co w danej chwili dzieje się na ekranie naszego telewizora. Po udanych finisherach usłyszymy przez komunikator komentarze: „To Raiden, jakiego znam!” i im podobne. Wszystkie te elementy tylko potęgują i tak dobre wrażenie.
Wspomniałem o minusie jakim jest poziom trudności. Wielu „casualowych” graczy może mieć problem z pokonaniem bossów na poziomie hard. Drugi mały minus to długość kampanii. Można ją ukończyć w około 6-7 godzin, co nie jest wyjątkowo długim czasem. Z drugiej strony, po ukończonej rozgrywce czeka nas jeszcze paczka wirtualnych misji treningowych oraz zebranie wszystkich poukrywanych przedmiotów, co znacznie wydłuża zabawę.
Dla mnie „Metal Gear Rising: Revengeance” jest ogromnym zaskoczeniem. Nie do końca wiedziałem czego spodziewać się po tym tytule, a okazuje się, że stanowczo mamy do czynienia z produkcją z najwyższej półki. Nie tylko pod względem rozgrywki, ale i fabuły. Jest to ciężka, brutalna wizja przyszłości, z którą przyjdzie się nam zmierzyć wraz z Raidenem. Marudy nie wystawiają ocen, ale dają rekomendacje i jako gracz, z czystym sumieniem mogę polecić tą grę każdemu fanowi akcji. Nie tylko temu, który zna już historię Solid Snake’a, ale i nowym dopiero poznającym świat Kojimy graczom.

