ONA:

Jeżeli moglibyście trafić do swojej własnej wymarzonej epoki, do jakiego czasu trafilibyście? Ja stawiam albo na czasy rządów Elżbiety I, w Wielkiej Brytanii, czyli na  XVI wiek, albo na szalone lata 60/70 w ubiegłym stuleciu. I chyba bardziej skłaniam się ku hipisom, wolności, eksperymentom z wszystkim (i wszystkimi) – z dobrą muzyką do tego.

Gli Pender, czyli główny bohater filmu „O północy w Paryżu” ma taką możliwość. Przebywa ze swoją narzeczoną, pustą jak wydmuszka – dodam, wraz z jej rodzicami w Paryżu. Mają tam zaplanować swój ślub, on ma popracować nad swoją powieścią. A dzieje się tak, że jej pretensjonalność i jego zauroczenie miastem doprowadzają do tego, że potencjalni małżonkowie spędzają zgoła inaczej czas. Ona szwęda się od restauracji, przez zakupy, po kluby, a on, w deszczu, uliczkami miasta, po pchlich targach, przechadza się nocą. I podczas takiego samotnego, nocnego spaceru dzieje się coś niesamowitego. Kilka sekund po wybiciu północy pojawia się samochód, rodem z lat 20. ubiegłego wieku. Gil wchodzi do niego, lekko przestraszony, po czym za dosłownie chwilę, bawi się na jednej imprezie z Zeldą i Francisem Fitzgeraldami. A potem pojawia się Ernest Hemingway, a potem Dali i Picasso (ze swoją aktualną kochanką, Adrianną). Gil jest w niebie. A może to tylko guz mózgu?

Oczywiście, opowiada to swojej ukochanej, która nie wierzy mu zupełnie. Więc zaprowadza ją w to miejsce, w którym o północy pojawia się samochód, a tu nic. Naburmuszona lala odchodzi, samochód się pojawia i Gil znowu zakrzywia czasoprzestrzeń, lądując w samym środku lat 20.

Ale jakby tylko o to w tym filmie chodziło…

Naturalnie, zawiesza oko na Adriannie. A ona na nim. Gil jest rozdarty pomiędzy prawie żoną, a kobietą z przeszłości…

Wątek miłosny na całe szczęście stanowi tylko mały fragment całej historii. Uwielbiam w tym filmie to przeniesienie do przeszłości. Gil trafia do kolebki twórców. Inspiruje go każde słowo, każdy gest, każde zachowanie, słowem: wszystko. Jego powieść recenzuje Gertrude Stein, ba, podoba się jej to dzieło. W pewnym momencie siedzi przy jednym stoliku z Salvadorem Dali, z Man Ray’em i z Luisem Buñuel’em. Świat realny staje się powoli obcy i nudny, a świat wyimaginowany – lepszy, motywujący.

Czas wybrać.

Gdzie zostaje?

Z którą kobietą?

Polecam. Woody Allen na wysokim poziomie, a nos Owena Wilsona z każdym filmem jest bardziej krzywy.

ON:

Owen Wilson to  nijaki aktor. Gra on w tych wszystkich małośmiesznych komediach, a jego aktorstwo wybitne nie jest. Po prostu przeciętniak. Jakimś cudem dostał on rolę w filmie Woodego Alena (swoją drogą reżysera, który robi filmy bardzo zróżnicowane zarówno fabularnie i jakościowo – czasem jego kolejny film to słabe dzieło, innym razem mamy perełkę, do której miło jest raz ja jakiś czas wrócić).

“O północy w Paryżu” jest filmem dziwnym, można powiedzieć, że ezoterycznym. Mamy do czynienia z obrazem obyczajowym, wymieszanym z historią fantastyczną. Główny bohater Gil, grany przez krzywonosego Owena, przyjechał razem ze swoją narzeczoną do Paryża. Miasto miłości ma im pomóc w przygotowaniach do wymarzonego ślubu. Na ich drodze stają jednak dwie przeszkody. Para znajomych, Paul i Adrianna oraz wyobraźnia Gila. Przyszły mąż bowiem stara się napisać książkę pt. „Nostalgia”, a Paryż, ma być jego muzą. Niestety, nic z tego nie wychodzi, gdyż znajomi są denerwujący, absorbujący, a wena nie chce wcale nadejść. Podczas jednego wspólnie spędzonego wieczoru, lekko wstawiony Gil postanawia wrócić sam do hotelu (zostawiając narzeczoną na pastwę Paula i Adrianny). W tym powrocie nie było by nić nadzwyczajnego, gdyby nie jedno małe zdarzenie. Po wybiciu na zegarze godziny 24, pisarz zostaje zaczepiony przez parę jadącą zabytkowym samochodem i za ich sprawą przenosi się do lat 20 ubiegłego stulecia. Historia ta powtarza się każdego wieczora, a Gill ma okazję poznać wielkich naszych czasów: Scotta Fitzgeralda, Ernesta Hemingwaya, Gertrudę Stein, Pabla Picasso, Luisa Bunela. Dzięki wejściu w świat tej specyficznej bohemy, bohater zaczyna zdawać sobie sprawę z wielu rzeczy, miedzy innymi tego, że nie do końca jest pewny, czy jego uczucie do przyszłej żony jest prawdziwe.

Nie nazwałbym tego filmu komedią. Skeczy i gagów mamy w nim jak na lekarstwo. Raczej jest to rodzaj dramatu obyczajowego z kilkoma śmiesznymi scenami. Ale spokojnie, będzie w tym obrazie i dobre zakończenie. Allen zaskoczył, postanowił zrobić film, który dzieje się w Paryżu, ale nie opowiada o nim. To miejsce jest tylko otoczką dla całej historii.

Można zobaczyć, ale to raczej film dla wielbicieli Woodego.