ONA:

Jest męski, świetnie zbudowany i mega przystojny. Ma takie ramiona, że KAŻDA chciałaby, by nimi ochraniał ją przed światem, a potem, by mogła zatopić się w nich i zasnąć. Ma seksowny zarost i głos, które doprowadza macicę do wibracji. Jest zadziorny, ale potrafi kochać. I do cholery jasnej, jest Hugh Jackmanem!

Jednym z większych błędów mojego życia było nie pójście na studia pedagogiczne, a odkrycie Wolverine’a dopiero w tym roku. Założyłam sobie, że te kości, które wychodzą mu z rąk są tak strasznie obrzydliwe, że nie jestem w stanie obejrzeć tego dzieła bez wzdrygiwania, ale znalazłam sposób na to. Trzeba po prostu skupiać się na jego barach. Zanim jednak spędziłam wieczór w towarzystwie tego zabójczo przystojnego Rosomaka, zrobiłam reaserch, bo niezależnie z kim rozmawiałam, czy ta osoba miała 11, 16, czy 34 lata, wszyscy powtarzali jedno: „Zacznij od dobrej części”. Pomijając „X-menów” z 2000, 2003 i 2006 – wszyscy radzili mi, żebym zobaczyła najpierw „X-Men Orgins: Wolverine”, bowiem dopiero tu ta historia nabiera tempa i w całości poświęcona jest Włochatemu.

Zaczynamy w XIX wieku, kiedy to spokój rodziny Howlett burzy pewna tragedia. W ciągu jednego wieczoru młody James nie dość, że dowiaduje się kto jest jego prawdziwym ojcem, to jeszcze na skutek błędnej oceny zabija tę osobę i poznaje swoją prawdziwą naturę – wtedy po raz pierwszy dochodzi do pewnej transformacji i z jego dłoni wychodzą „kostne” szpony, które bezpośrednio przyczyniły się do śmierci rodzica. Przerażony młody chłopak razem ze swoim przyrodnim bratem – Victorem, uciekają. Mijają lata. James przestaje być dzieckiem, walczy na frontach niejednej wojny i staje się Loganem – mutantem o nieludzkiej sile i kondycji, zręcznym, z wyostrzonymi zmysłami i solidnym czynnikiem regenerującym. Nic nie jest w stanie go pokonać. Zresztą, podobnie jak jego brata. Ich moc została dostrzeżona i panowie poznają pułkownika Williama Strykera, który wraz z innymi najemnikami zajmuje się „wykonywaniem zleceń” – domyślacie się zresztą jakich. Podczas jednej z akcji Logan w końcu dostrzega naturę swojego brata i całej kompanii, bowiem bezduszność i okrutność, którą się posługują, wychodzi poza jakąkolwiek skalę. Postanawia odejść. I teraz żyje tak jak chce – pracuje jako drwal gdzieś na końcu świata, otulony piękną i zachwycającą przyrodą, z ukochaną kobietą Kaylą. Wtedy pojawia się ponownie Victor, który braterską miłość przerobił na absolutną nienawiść. Na skutek kolejnych, tragicznych wydarzeń, Logan staje się Wolverinem – mutantem, którego kości wzmocnione są niezniszczalnym metalem.

Oj tak! Mega fajnie ogląda się ten film. Jest bardzo klimatyczny i dynamiczny. H. Jackman w roli Rosomaka odnalazł się jak nikt. To równie akuratny poziom zaangażowania, jak Downey Jr. w roli Stalowego. Bardzo mi się podobała fabuła – w odróżnieniu od innych tego typu produkcji jest ona nieco bardziej głęboka i zakręcona. Jest kilka zwrotów akcji, jest kilka momentów bardziej „ludzkich” i bardziej „super”.

„Wolverine” warto obejrzeć bez dwóch zdań. Jeśli jesteś facetem, który chce przekonać swoją wybrankę do superbohaterskiego kina – podrzuć jej ten tytuł. Jeśli jesteś kobietą, która chce się przekonać do superbohaterskiego kina – śmiało wybierz Rosomaka. A potem snuj wizje czy aby wszędzie nasz mega męski bohater był pokryty adamantium.

ON:

Postać Logana poznałem po raz pierwszy w Punisher Warzone, kiedy to Rosomak tłuk się z Frankiem na mokradłach gdzieś w środku Kenii. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z jakim twardzielem mam do czynienia, a Punisher wydawał mi się najfajniejszym z bohaterów.

Teraz nadal uwielbiam kolesia z czachą na klacie, bo historie, w których występuje, są brutalne i bezpardonowe, ale wiele się zmieniło i okazało się, że jest więcej fajnych bohaterów, a ja nie miałem o nich pojęcia. Jednym z nich jest Logan, zwany także „Rosomakiem” lub Wolverine.

O jego życiu powstało tyle podań i legend, baśni i bajek, że ciężko powiedzieć czy są jakieś prawdziwe, a może każda jest zmyślona. Wszystkie jednak zawierają jeden wspólny element – nieśmiertelnego wręcz faceta ze szponami wyrastającymi wprost z jego dłoni. Nie do końca wiadomo też było, jak wyglądał proces stworzenia tego superżołnierza i dopiero „Weapon X” tłumaczył bardzo wiele z tego, co działo się z ciałem i umysłem Logana, po tym jak dał się namówić na nieludzko bolesny experyment.

Filmowa opowieść nie bazuje jednak na komiksie Windsora-Smitha, nie skupia się na ludzkiej i zwierzęcej naturze Rosomaka. W filmie mamy do czynienia z prostą, niewysublimowaną akcją, mającą dać nam ponad 100 minut bezpardonowej rozrywki. Sam proces powstania broni, jaką miał się stać Wolvie, przedstawiony jest w wygładzony i lekki sposób. Daleko tutaj do gehenny znanej z komiksu. Dodatkowo scenarzyści dorzucili do całości trochę swojego stuffu i w ten sposób zmienili całą opowieść. Wierni, ortodoksyjni fani komiksów Marvela będą trochę zawiedzeni, gdyż ilość przekłamań w dziele jest wyjątkowo duża, za to osoby, które komiksów nie czytają, mogą całkiem dobrze się bawić podczas seansu.

Nie oznacza to, że unikniemy akcji i przemocy. Jest ona, ale odpowiednio złagodzona, a wszystko na potrzeby klasyfikacji wiekowej. Brak krwawych potyczek nie musi działać na niekorzyść dzieła. Kolejna sprawa to postać Deadpoola, który pojawia się gościnnie w pierwszej części tego dzieła. Trzeba przyznać, że nie tak wyobrażałem sobie Wade’a Wilsona, który aż prosi się o uwypuklenie jego postaci.

Pomimo maleńkich bolączek, błędów logicznych i „universowych” „X-Men Origins: Wolverine” jest dziełem naprawdę bardzo dobrym. To jeden z filmowych komiksów, który daje się obejrzeć bez zgrzytania zębami i wyklinania wszystkich na liście płac. Jest tu wszystko czego nam potrzeba i nawet ciut więcej. Warto.