ONA:
Wydawać by się mogło, że Norman jest przeciętnym nastolatkiem. Rodzice go nie rozumieją, starsza siostra go dręczy, szkolne łajzy gnębią. Jest jednak coś, co go wyróżnia. Norman widzi umarłych. Ba! Rozmawia z nimi! Przed Wami debiutancka produkcja Chrisa Butllera – „ParaNorman”.
Wszyscy dookoła traktują go jak dziwaka. Śmieją się z niego i ironizują jego niebanalną zdolność, bo on między innymi rozmawia ze swoją nieżywą babcią, która zamiast baraszkować w raju z dziadkiem, wolała zostać przy wnuczku i towarzyszyć mu. Pewnego dnia, kiedy to Norman wracał ze szkoły z puclatym Neilem, który wyjaśniał mu szkolne prawo dżungli i rozprawiał o nadwrażliwym jelicie, zaczepił go jakiś dziwny facet, który mówił coś o jakieś klątwie, o tym, że tylko nasz mały bohater jest w stanie ją pokonać…
Zmiana sceny. Tym razem mamy szkolne przedstawienie o tajemniczej czarownicy z miasteczka, którą osądzono i zabito, a teraz dzieci wystawiają sztukę o tym. Wprost bajka. Norman też brał udział w tym i podczas występu coś dziwnego zaczęło się z nim dziać. Przeniósł się w tajemniczy świat, który wygląda groźnie i niebezpiecznie. Jest w ciemnym lasie, w którym drzewa powtarzały „nadchodzi śmierć”. Oczywiście maluch szybko „wraca” na ziemię, ośmieszając się przy okazji przed mieszkańcami mieściny. Rodzice są wściekli. W szkole wytykają go palcami jeszcze bardziej. I wtem znowu pojawia się tajemniczy gość, tym razem w postaci duchowej, strasząc Normana w szkolnej toalecie. Z jego słów jasno wynika, że tylko on może uchronić mieszkańców miasta przed szybką śmiercią z rąk wściekłej i mściwej wiedźmy. Tajemnica ponoć tkwi w pewnej książce. Norman postanawia to sprawdzić i zwyciężyć nad klątwą, mimo, że jest delikatnie mówiąc – przerażony. To jeszcze nie koniec. Kilka słów, które wypowiedział w złym miejscu, otworzyło istne piekło. Umarli typu „zombie” wstali z grobów.
Obejrzałam tę bajkę dwa razy w ciągu dwóch dni. Najpierw test z Dawidem, a potem z moimi dzieciakami. Jest świetna, na serio. Uwielbiam gdy bohaterowie kreskówek są tak śmiesznie przerysowani, gdy ich fizyczne cechy są totalnie odrealnione, a charaktery są zupełnie niepoprawne. W tym filmie nawet zombiaki były urocze. Plastyka bohaterów zachwyca, ja z wszystkich rodzajów wizualizacji lubię najbardziej te „plastelinkowe” formy. Mamy tu również świetne dialogi i hasła, które psują głowę. Całość podana jest w sposób smakowity zarówno dzieciakom, jak i dorosłym. Moje maluchy siedziały jak na szpilkach, ale za nic nie chciały przerwać seansu. Z wszystkich bohaterów chyba najbardziej bali się wiedźmy, ale pod koniec podsumowali, że był to bardzo fajny film, który ich bez wątpienia pochłonął.
Oczywiście, dorosłym polecam wersję bez rodzimego dubbingu. Nie jest on tragiczny, ale ja jakoś nie przepadam. Nie po to rodzice wysyłali mnie na dodatkowy angielski odkąd zaczęłam mówić, by teraz ktoś za mnie odwalał robotę. Smaczki języka natywnego są o wiele lepsze.
Podsumowując: jak najbardziej tak. Nie mogę uwierzyć, że to debiutanckie dzieło reżysera. Jest bardzo przemyślane, jest świetnie wyważone i skonstruowane. Jest to bajka na miarę naszych czasów zarówno pod względem fabuły, jak i bohaterów (jeden na przykład jest gejem). Jest moc!
Ps. Z dzieciakami oglądaliśmy go pod stołem. Tak było mniej strasznie.
ON:
Bajki „nie dla dzieci” pojawiają się raz na jakiś czas na ekranach naszych kin i telewizorów. Na takie tytuły rodzice raczej nie powinni zabierać swoich pociech, ponieważ później mogą one moczyć się w nocy i do 17 roku życia chodzić na terapię do jakiejś babki, która za 100zł za godzinę będzie udawała ich przyjaciółkę. Niemniej fajnie się idzie na seans filmu animowanego, gdzie na sali nie ma płaczących dziecek, tylko roześmiani dorośli.
„ParaNorman” jest właśnie jedną z takich pozycji, które raczej nie powinny oglądać dzieci, przynajmniej te najmniejsze. Szkoda żeby wybiegały z płaczem z sali, jak to miało miejsce podczas premiery „Koraliny”. Temat śmierci jest trudny, a kilkuletnie „potworki” mogą mieć problem z oswojeniem się z trupami, zombiakami i innymi stworami. Lubię horrory oraz ich „komediowe” wersje, dlatego fajnie jest, gdy pojawiają się takie produkcje, które lekko podchodzą do tego, co nas czeka po śmierci. Ja uważam, że poklepią nas łopatą i koniec zeżrą nas robaki, ale to moja opinia. Twórcy bajki o Normanie myślą jednak inaczej. Po śmierci dusze niektórych umarłych włóczą się po naszym świecie i jest kilka osób potrafiących z nimi rozmawiać. Jedną z nich jest tytułowy chłopiec. Jego dni mijają spokojnie, spędza je na oglądaniu horrorów o zombie i rozmowach z duchem babci. Rodzice nie do końca pochwalają jego zachowanie, ale już lepsze to niż narkotyki i napady. Siostrzyczka Normana, wyrośnięta już pannica, nie grzeszy inteligencją. Czego jednak chcieć od „amerykańskiej blondie”? Dobrze, że los miasteczka spocznie na ramionach chłopaka, a nie tej laski. Na początku opowieści nikt raczej nie spodziewa się tego, co przyniosą przyszłe kilka dni. A będzie się działo, bo ktoś przywieje śmierć, klątwę czarownicy, a nieumarli powstaną z grobów. To tak w wielkim skrócie o tym, co będzie się działo podczas 93 minutowego seansu. Oczywiście, wszystko okazuje się bardziej złożone, niż wydaje się na początku, pojawiają się kolejne postacie i wątki, a Norman z „wioskowego głupka”, wyrasta na lokalnego bohatera.
To bardzo sympatyczna bajka, której animacja odbiega od tej, jaką nam serwują duże koncerny. Tu mamy do czynienia z połączeniem animacji kukiełkowej i komputerowej, lalki są przerysowane, dzięki temu w łatwy sposób uwypuklono wszystkie przywary każdej z postaci. Siostra Normana ma szerokie biodra, wielki tyłek i małą blond główkę, babcia wygląda jak kalka mojej babci, po ojcu widać, ze zjada za dużo steków. Mimo, że historyjka jest horrorowata, to odpowiednia dawka czasami wręcz czarnego humoru bardzo dobrze jej robi, pozwala podejść do całej opowieści z dużym dystansem. Trzeba przyznać, że jest to przyjemny odstresowywacz.
