ON:

Wczoraj wieczorem wylądowaliśmy w kinie. Ponieważ w rozpisce wieczornej nie było wielu propozycji – padło na najnowszą odsłonę „Mission Impossible”, mającą podtytuł „Rogue Nation”. Na początku małe wprowadzenie. Paulina nie przepada za Cruisem. Lubi go w kilku filmach, ale patrzy na niego przez pryzmat jego scientologii. Jechałem więc trochę z dusza na ramieniu, bo obawiałem się, iż pani Maruda będzie się po prostu nudzić. 

Zacznę od tego, że nie jestem ogromnym fanem MI. Obejrzałem wszystkie części i wydaje mi się, że im dalej, tym jednak lepiej. Pierwsza MI było po prostu filmem szpiegowskim, dwójka i trójka przeszły jakoś obok, ale „Ghost Protocol” zmieniał konwencję. Doszły nowe postacie, dołożono więcej akcji, a i wzajemne stosunki poszczególnych członków IMF są bardziej ludzkie. „Rogue Nation” to kolejny poziom kina szpiegowskiego. Trzeba przyznać, że bardzo wysoki poziom.

Film otwiera sekwencja przejęcia niebezpiecznego ładunku z pokładu samolotu transportowego. W  głównej siedzibie za sterami oczywiście William Brandt, w terenie spec od elektroniki Benji Dunn, czarnoskóry hacker Luther, no i oczywiście Ethan Hunt. Już te pierwsze minuty, to pokaz niesamowitych możliwości, jakie niesie za sobą to kino. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na to, że Cruise wykonuje wiele wyczynów kaskaderskich sam. Nie bawi się w dublerów i kaskaderów i tak jest tutaj -podczas sceny ze startującym samolotem. Mający 53 lata aktor może zawstydzić niejednego młodego mężczyznę. Jest dobrze zbudowany, świetnie wysportowany i przede wszystkim diabelnie przystojny. Wróćmy jednak do filmu.

Misja zakończyła się sukcesem. Hunt wylądował w Londynie, gdzie odwiedził „zaprzyjaźniony” sklep z winylami. Tutaj odsłuchał wiadomość, która potwierdziła jego przypuszczenia: międzynarodowa organizacja zwana Syndykat istnieje naprawdę, a jeden z jego członków stoi właśnie kilka metrów od agenta z bronią gotową do strzału.

W międzyczasie dyrektor CIA oraz William Brandt lądują przed komisją, która ma rozpatrzyć wniosek o rozwiązanie IMF. Pomimo prób obrony komórki, Brandt przegrywa batalię o swój wydział. Najgorsze jest to, że Hunt zostaje zdany na samego siebie i na dodatek jest ścigany przez agentów CIA, gdyż uważany jest za międzynarodowe zagrożenie. Tak naprawdę całe IMF jest na cenzurowanym. Przez następne pół roku Ethan wodzi za nos służby bezpieczeństwa i jednocześnie stara się rozwiązać zagadkę kto stoi za Syndykatem.

Przez ponad dwie godziny cały czas coś się dzieje. Mamy tutaj akcję między innymi we Wiedniu oraz w Londynie, ale to nie wszystkie kraje, które odwiedzą agenci. Strzelaniny, pościgi, walka wręcz, to tylko początek tego, co zobaczymy w filmie. „Mission Impossible: Rogue Nation” ogląda się naprawdę dobrze. Dzieło to spełniło moje oczekiwania.

ONA:

:

Chcę jechać do kina, nie wiem na co. Taki ciężki wybór. Bezwybór właściwie. „Amy”, „Papierowe miasta” i film z Tomem Cruise. Do kompletu brakowało mi jedynie filmu o papieżu. Na „Amy” się wybieram, chociaż odwlekam to wydarzenie. Dzieło z Carą Delevigne jest najpewniej filmem pod nastolatków, a za Tomem nie przepadam i tyle. Odrzucam każdą formę fanatycznego wierzenia w cokolwiek, a on niestety należy do ortodoksów i patrzę na niego przez pryzmat nie aktorski, a właśnie religijny. Ale padło na „Mission: Impossible – Rouge Nation”. Jeśli chodzi o ten cykl, to widziałam tylko pierwszą część, nie zrobiła ona na mnie zupełnie wrażenia i do tego jeszcze ten nieszczęsny Cruise.

I teraz przychodzi ten moment, w którym muszę sporo rzeczy odszczekać, bo bawiłam się przednio podczas oglądania dzieła Christophera McQuarriego. Okazało się bowiem, że to dzieło idealnie wchodzi w mój gust: fajna, efektowna sensacja, z ciętym dowcipem, majestatycznymi efektami, pościgami i ciągłym wodzeniem za nos. I co teraz? Powinnam nadrobić pozostałe części?

Agencja IMF nie ma lekko. Wszyscy mają ich dość. Ich metody są specyficzne i nie zawsze kończą się dobrze, ale wiele dobrego zrobili. Niestety, przyszła na nich kreska. Agencja została rozwiązana akurat wtedy, gdy Ethan Hunt (T. Cruise) narobił bigosu. Sprawa, którą aktualnie się zajmuje, jest nie tylko na globalną skalę, ale niesie faktyczne zagrożenie dla ogromu ludzi. O co chodzi? O tajemniczy Syndykat, który ma zamiar obalić system przy pomocy różnych ciekawych sposobów. Celem są głowy państw, ale też zwykli ludzie. Poza tym, chodzi też o ogromną kasę. Hunt chce powstrzymać kogo trzeba, ale nie ma za sobą wsparcia tajnych rządowych organizacji. Jest tylko on i jego wierni kumple oraz tajemnicza piękność, która ma podwójną tożsamość i wcale nie jest tak łatwo ją rozpracować.

Bawiłam się świetnie. Co prawda mam wrażenie, że ten film jest nieco zbyt długi, ale ciągle coś się w nim dzieje. Aż trudno w to uwierzyć, że można tyle zwrotów akcji włożyć do jednej produkcji. Jest perfekcyjnie nakręcona, a scena pościgu na motorach wcisnęła mnie w fotel. Jest tu też trochę fajnego humoru, a panowie grający główne role są tak różni, że w tej różności tworzą perfekcyjny zestaw. Oczywiście, Cruise gra tu pierwsze skrzypce, co mi sprawiało ból, ale na szczęście sporo też tu Aleca Baldwina i Jeremy’ego Rennera, więc można przeżyć, jak się nie przepada za panem scjentologiem.

Okazało się, że „Mission: Impossible 5” dało mi mnóstwo dobrej zabawy. Historia wciąga, wodzi, wciska w fotel, ale to klasyczny sensacyjny odmóżdżacz. Ale to wcale nie jest wada!

Czy polecam? Wstyd się przyznać, ale tak.