Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Bullet to the Head

ON:

Oj bardzo się przeliczyłem myśląc, że „Kula w łeb” z Sylwestrem Stallone, będzie powrotem do starego, dobrego kina sensacyjnego. Reżyser, a zarazem scenarzysta Walter Hill stara się przez cały seans oddać hołd kinu akcji lat 90-tyc, ubiegłego stulecia. Niestety, wychodzi mu to bardzo mizernie, a całość wydaje się nie mieć wspólnego mianownika.

Jimmy Bobo (Stallone) jest cynglem pracującym na zlecenie. Robi dla tych, którzy dają najwięcej. Jego zawód wiąże się z ogromnym ryzykiem, bo jeśli nie rozwali go cel, to może go zdradzić klient, który nie będzie chciał zapłacić. Podczas ostatniej akcji zleceniodawca nie dość, że nie chce dać kasy, to jeszcze chce go wykończyć. Bobo wymiguje się od kulki, ale jego partner nie miał już tyle szczęścia. Kilka kos sprzedanych pod żebra skutecznie go unieszkodliwia.

Jimmy stara się na własną rękę dojść do tego, kto stoi za całą sprawą. W tym czasie zabójstwem zajmuje się lokalna policja, jej szeregi zasila Koreańczyk – Taylor Kwon. Wygląda na to, że jest on chyba jedyną osobą, której zależy na rozwiązaniu zagadki. Jak to bywa w takich opowieściach panowie wpadają na siebie, ale żaden z nich nie chce pomóc temu drugiemu. Dopiero gdy stają przed wspólnym wrogiem, zmienia się ich wzajemne nastawienie. Oczywiście różnica charakterów oraz sposób, w jaki każdy z panów załatwia problem, miały być podwalinami sensacyjnej, ale i lekko śmiesznej opowieści. Daleko jednak do takich klasyków jak „Tango & Cash”. Humor jest tutaj raczej cierpki i wepchnięty na siłę, a jedyne co zostaje ze starej szkoły filmów sensacyjnych, to jatka. Trzeba przyznać, że film jest brutalny i bezkompromisowy, ale to jednak za mało, aby zapewnić dobrą rozrywkę. Sylwester Stallone jest tutaj drewniany jak Pinokio i choćby starał się okłamywać siebie i nas, że jest inaczej, to nie ma możliwości, aby mu uwierzyć. Jego postać jest mało rzeczywista, tak samo jak stosunki łączące go z córką i policjantem koreańskiego pochodzenia.

Plusem na pewno jest to, że film ten trwa około 90 minut. Dzięki temu nie męczymy się za bardzo podczas seansu. Poza tym można spokojnie wyjść do kuchni po herbatkę czy ciasteczka, bowiem i tak nic nie przegapicie, gdyż historia opowiedziana w tym dziele jest prosta jak zapałka. Film zalicza się do tych, które zapomnimy tak szybko, jak szybko wypowiecie „konstatynopolitańczykiweiczównazrzędóweczka”.

ONA:

Zawsze bardzo kibicuję rodakom, którzy porzucają ojczyznę i ruszają na podbój świata. Niezależnie czy chodzi o kolegę z firmy budowlanej, o zaprzyjaźnionego programistę, który idzie na staż do Google, czy o sportowca, który podpisał kontrakt w zagranicznym klubie. Nie dość, że oni sami muszą więcej od siebie wymagać, to jeszcze wszyscy patrzą na nich, bo przecież są zagranicą. I tylko jedna „grupa zawodowa” w swoim podbijaniu innych rynków notorycznie doprowadza mnie do śmiechu. Są to aktorzy, dodam – polscy aktorzy, którym marzą się Zachodnie produkcje…

Na ogół wygląda to zawsze tak samo. Nagłówki w newsach i w czasopismach wrzeszczą „Któraś tam gra u Jakiegoś Popularnego Amerykańskiego Reżysera, u boku Jakiegoś Popularnego Amerykańskiego Aktora”. Potem przychodzi premiera i okazuje się, że owszem, gra. Jej rola trwa 3 sekundy i najpewniej będzie w niej świeciła biustem, próbując odtworzyć rosyjski akcent. Bo polscy aktorzy na Zachodnim rynku na ogół grają około rosyjskich bohaterów. Wielka wrzawa, okładki, wywiady, mentalne klepanie się po ramieniu, wyczekiwanie na film, a potem niesmak. Na napisach końcowych to swojsko brzmiące nazwisko jest gdzieś pod sam koniec, obok „Przechodnia nr 13” i „Kierowcy taksówki”. No ale jest film „hollywoodzki” w CV. Optymiści powiedzieliby „Zawsze to jakiś start”. Pesymiści – „I tak się nie uda”. A realiści? Realiści przybiją piątkę pesymistom. Szybki test: jedno nazwisko, jeden aktor/aktorka, któremu udało wybić się w Fabryce Snów. I nie chodzi mi o „polskie pochodzenie”, bo to ma ponoć nawet Harvey Keitel. I darujcie Poli Negri, niech spoczywa w pokoju.

Dlaczego o tym piszę? Bo przez zupełny przypadek nadzialiśmy się na Weronikę Rosati, która wyskoczyła nagle, zupełnie niespodziewanie w filmie, grając u boku Sylvestra Stallone’a. „Grając u boku” to zły zlepek wyrazów, ona na ekranie jest w tej produkcji przez chwilkę, a wciela się w rolę rosyjskiej dziwki, Loli, której główny bohater nie zabija. A to jest dziwne, bowiem Jimmy Bobo (S. Stallone) słynie z tego, że zabija. Nowe zlecenie dla niego i jego kumpla jest wręcz rutynowe. Co prawda nie zabija Loli, ale to zupełnie nie jest ważne. Istotne jest to, co dzieje się później, bowiem panowie zostają wystawieni. Kilka szybkich pchnięć nożem i kolega Bobo jest zimny. Jimmy za wszelką cenę chce dojść do tego kto mu wykończył kumpla. Tropiąc zbirów jego drogi krzyżują się z Taylorem (Suang Kang), który jest gliną i również węszy. „Kula w łeb” to film, który opowiada o tym jak stróż prawa musi wejść w komitywę z mordercą na zlecenie, by dopaść innych zbirów. I jak jest?

No właśnie szukam odpowiednich słów. Niby jest akcja, nawet wartka. Niby jest trochę sarkastycznego humoru, a trup pada gęsto. Niby są strzelanki, lanie po mordach i krew, tu nawet jest Stallone – ale to i tak nie ratuje tego filmu. Jest nudny i strasznie przewidywalny. Nie wyprzedzamy bohaterów o krok, nie! My jesteśmy o okrążenie dalej niż oni. Straszliwi tandetny jest ten film i mimo, że jestem fanką takich gniotków, to ten mną nawet nie wzdrygnął. Jest słaby. Od niechcenia można obejrzeć, ale obawiam się, że sen pojawi się szybko. A zaśnięcie przy sensacji ze Sylvkiem to wstyd!