ONA:
Zacznę od rzeczy najważniejszej – ten film nie jest bajką dla dzieci. No chyba, że chcemy wychować jakiś nawiedzonych ludzi, którzy karmieni krwią od najmłodszych lat, lubują się w sadyzmie. Bo jest krwawo. Bardzo krwawo.
Historię o Jasiu i Małgosi znamy wszyscy. Rodzeństwo zostaje porzucone w ciemnym lesie pod osłoną nocy, trafia do słodkiego domku złej czarownicy i nad ich losem wisi niebezpieczeństwo. Ale dzieciaki na szczęście pokonują potworę. I tak też jest w przypadku filmu. Tatuś rodzeństwa postawił na nieco nietypową formę adopcji i po zostawieniu swoich pociech w ciemności, zniknął jak gdyby nigdy nic (ten wątek zostanie jednak rozwinięty pod koniec produkcji). Oczywiście, dzieciaki trafiają do domku z piernika. Zasada numer jeden brzmi: nie wchodź do słodkiej chatki. Zasada numer dwa: żeby zabić wiedźmę należy ją spalić. Doświadczenia z domku na zawsze ich zmieniają. Ich życiową drogą i powołaniem stała się nieustająca walka z wiedźmami, które czyhają na ludzkie życie. I są w tym dobrzy. Mija kilkanaście lat. Hansel (Jeremy Renner) i Gretel (Gemma Arterton) przemierzają kolejne tereny. Ich sława jest ogromna, tak zresztą, jak i ich skuteczność. W wiedźmowym biznesie są prawdziwymi gwiazdami. Tropią i zabijają, potrafią sprawdzić też, czy podejrzana o czarną magię kobieta, faktycznie jest czarownicą. I w końcu trafiają do małej mieściny. Aktywność wiedźm rośnie z każdą chwilą. 11 dzieci zostało porwanych i wygląda na to, że to jeszcze nie jest ich ostatnie słowo. Wszystko związane jest z tajemniczym obrzędem, który da im wszechmoc. Hansel i Gretel, wsparci przez lokalnych ochotników, wyruszają na łowy. Młody mężczyzna przy okazji wchodzi w stosunki z dobrą czarownicą – rudowłosą Miną, a jego siostra ma jakieś dziwne, przyjacielskie uczucia do trolla Edwarda. I w końcu pojawia się ona – arcywiedźma Muriel (Femke Janssen). Do posiadania wszechwładzy i potęgi jest potrzebny jej jeden mały detal…
Film jest krwawy i momentami bywa ohydny. Mnie wybuchające bądź poszatkowane ciała, rozerwane głowy i robale – szczególnie na ekranie – nie brzydzą. Jest sporo przemocy, trochę seksu i kilka zestawów uroczych boobsów, ściśniętych gorsetami. Przy całej irracjonalnej fabule, film ogląda się fajnie. Jest on dynamiczny, pełny akcji i sensacji. Konwencją przypomina nieco coś pomiędzy „Śnieżką” a „Abrahamem” i mi to zupełnie nie przeszkadza. Ale mam też ogromne wrażenie, że ten film powstał „do jaj”. Jego wykonanie, efekty specjalne, praca kamerą i montaż stoją daleko od ideału. Twórcy skupiali się praktycznie wyłącznie na kiczowatym tryskaniu krwią i bebechami. Jeśli zaś chodzi o aktorów, jedynie Femke Janssen zasługuje na minimum uwagi, bo pan „Chciałbym być Bourne’m” stoi gdzieś z tyłu, ukryty za swoją wiedźmo-bronią.
Veni, vidi, vici – obejrzałam, napisałam, więcej do tej pozycji sięgać nie mam zamiaru.
ON:
Bajkę o Jasiu i Małgosi zna chyba każdy. Zła matka nakazuje mężowi, drwalowi zabrać dzieciaki do lasu i tam pozostawić je na niechybną śmierć. Maluchy błąkając się po lesie, trafiają do chatki wykonanej ze słodyczy, w której mieszka sobie czarownica. Nie jest to jednak taka dobra, kochająca naturę wiedźma, do której przychodzą okoliczne dziewczęta po mikstury miłosne, a faceci po leki na hemoroidy. Ta zalicza się do wrednych, nienawidzących ludzi potworów. Babsztyl zamyka rodzeństwo w klatce i faszeruje je słodyczami, aby gdy tylko lekko się podtuczą upiec je i zjeść. Plan zacny, ale tym razem trafia na dwójkę małych „muthafuckerów”, którzy nie są bici w ciemię i przez to stara rura ląduje w piekarniczku.
W oryginalnej bajce opowieść ta kończy się po powrocie dzieci do domu, ale w filmie „Hansel and Gretel: Witch Hunters” poznamy dalsze losy małych morderców. Okazuje się bowiem, że to, co wydarzyło się w domku wiedźmy, zostawiło ogromne rysy na psychice dwójki rodzeństwa. Brat i siostra postanawiają zawodowo zająć się plewieniem zła. Tak mijają lata owocne w polowania, bowiem młodzi łowcy są coraz to sprawniejsi i lepiej uzbrojeni. Wyposażeni w „nowoczesne” zabawki i broń, mają dużą przewagę nad biednymi staruszkami, które pożerają dzieciaki. Dobra przesadzam, bo złe panie też nie są takie bezbronne. Tak czy inaczej „rozpoznawalne” w pewnych kręgach rodzeństwo, zostaje wynajęte przez burmistrza miasteczka, aby zbadało sprawę porwanych dzieciaków. Taki obrót rzeczy jest bardzo nie na rękę lokalnemu szeryfowi, mającemu inne metody rozwiązania problemu. Na dzień dobry Hansel i Gretel ratują rudowłosą piękność, którą chcą zlinczować mieszkańcy pod przewodnictwem wspomnianego stróża prawa. Nie będzie chyba wielkim spojlerem jak napisze, że rudy zagajnik zostanie przeczesany kosą Hansela w dalszej części filmu. Sprawa zaginionych dzieciaków śmierdzi bardziej, niż by się wydawało, bo zamieszanych w nią jest większa liczba czarownic, a przy okazji wyjdą na jaw tajemnice z przeszłości. Całość jest bardzo krwawa i okraszona odpowiednią ilością chamskich tekstów, które dodają pikanterii.
„Hansel and Gretel: Witch Hunters” to film na jeden raz, po seansie mija kilka dni i zupełnie o nim zapomnicie. Nie znaczy, że to kino złe, raczej proste i przewidywalne. To także nie jest bajka dla dzieci, porównałbym to raczej do „Nieustraszonych braci Grimm”. Jeśli jakiś oszołom pokaże tą produkcje swojemu berbeciowi, to od razu może go zaprowadzić do psychoanalityka, gdyż czeka go kilka nieprzespanych nocy. Tak czy inaczej – dupy nie urywa, ale się ogląda całkiem przyjemnie.
