ONA:

Lubię sobie czasem obejrzeć film, który mniej lub bardziej związany jest z losami brytyjskiej monarchii, która kręci mnie jak żadna inna. Poważnie. Wiem, że to o mnie niezbyt dobrze świadczy, że jestem w stanie opowiadać godzinami o ichnich królach i władcach, o ich historii i dziejach, niż o tych własnych, rodzimych, ale od małego totalnie mnie dzieje Korony Angielskiej kręcą. I najgorsze jest to, że filmów, które kręcą się wokół tematyki aż tak dużo nie powstało, a ja boleśnie zbliżam się do tego momentu, kiedy właściwie nie ma już nic. Na całe szczęście są jeszcze dokumenty, dziesiątki książek (np. na półce czeka na mnie blisko 800 stronicowa biografia Henryka VIII, która czeka, aż w końcu wyląduję w jakimś ciepłym miejscu, nad basenem, z litrami drinków i filtrem UV50). Ale znalazłam film, mocno powiązany z moimi ulubionymi bohaterami historycznymi, którego jeszcze nie widziałam. Dziś o najdłużej panującej monarchini Wielkiej Brytanii…  Królowa Wiktoria na tronie zasiadła mając 18 lat. Jej matka obudziła ją w nocy informując, że właśnie została głową państwa. Ktoś kiedyś powiedział o niej: „Biedna mała królowa! Jest w wieku, w którym dziewczynka potrafi zaledwie wybrać kapelusz, a oto stawia jej się zadania, przed którymi cofnąłby się archanioł…” Ale Wiktoria długie rządziła twardą ręką. Miała na to siłę, ponieważ jednym z jej „doradców” był jej mąż, Albert. Razem tworzyli parę, o której nie można było powiedzieć złego słowa. Zakochani, silni w miłości, zgodni i szczęśliwi. Dokładnie tak, jak to w bajkach było. Ale sielankę tę przerwała nagła i niespodziewana śmierć księcia-małżonka, która załamała królową. Do końca swojego życia nosiła żałobę. Śmierć męża, który był jej bratnią duszą, powiernikiem i ukochanym, zmieniła bardzo królową. I wtedy w jej życiu pojawił się koniuszy – John Brown. Był on prostym Szkotem, który miał generalnie gdzieś, że Wiktoria jest królową. Kpił z całej obrzędowości dworskiej, bez krępacji mówił co czuje, jak uważa. Był odpowiedzialny z bezpieczeństwo władczyni i z czasem stał się jej szczerym i zaufanym przyjacielem. Towarzyszył jej co dzień, w mniej i bardziej oficjalnych uroczystościach. Ich relacja stała się bardzo bliska i uczuciowa. Do dziś w świecie starych ksiąg krąż „legendy”, jakoby mieli oni wziąć potajemny ślub, który ukryty jest do dnia dzisiejszego. Pikanterii dodała sama Wiktoria, która po śmierci swojego drogiego przyjaciela zażądała, by na jego poduszce dzień w dzień kłaść świeże kwiaty, a ją samą by pochować z jego fotografią i kosmkiem włosów… O tej niesamowitej historii opowiada film Johna Maddena „Jej Wysokość pani Brown” i muszę przyznać, że ujęła mnie ta produkcja totalnie.

Powierzenie roli Wiktorii Judi Dench było absolutnym strzałem w dychę. Nikt tak jak ona nie potrafi odtworzyć emocji: od tych najcięższych, po te swobodne. Jej twarz tak plastycznie zarysowuje to, czego nie widać, co związane jest z przeżywaniem. Jej postać była powoli, acz dość sukcesywnie wydobywana z odmętów żałoby, utraty kogoś ważnego. To właśnie przede wszystkim z powodu Dench warto obejrzeć ten film, ale na całe szczęście – nie tylko dla niej. Billy Connolly w roli krzepkiego i krnąbrnego Szkota jest po prostu świetny. Opanowany i empatyczny z jednej strony, a z drugiej – spontaniczny, niedający sobie wejść na głowę facet z krwi i kości. I czuły, i porywczy. I zorganizowany, i zwariowany. Właśnie ktoś taki, o kim marzy każda kobieta. Nie tylko królowa, nie tylko w tamtych czasach.

„Jej Wysokość pani Brown” to dzieło bardzo ciekawie zagrane, osadzone w pięknych, acz niekoniecznie wypełnionych królewskim przepychem wnętrzach, dopieszczony świetną muzyką i zdjęciami, w którym główne role powierzono relacji innej niż wszystkie. To dzieło z głębią, mówiące o tym, że do pełni szczęścia potrzebny jest drugi człowiek, jego zainteresowanie, uwaga, dobro oraz oddanie.