The Iceman

ONA:

Polacy, który odcisnęli swoje piętno na kartach historii Stanów Zjednoczonych to nie tylko Tadeusz Kościuszko, Kazimierz Pułaski, Agnieszka Holland czy Roman Polański. To nie tylko Joanna Krupa, Mirosław Hermaszewski, Krzysztof Penderecki i Ania Rubik… To nie tylko Karol Wojtyła, Lech Wałęsa i Steve Wozniak… Przeciętny Jankes nie wie, gdzie leży Polska, ale wie, że polskiego pochodzenia był najsłynniejszy morderca na zlecenie jedyny – Richard Kuklinski…

Ariel Vromen to reżyser, który w ciągu 12 lat stworzył 4 filmy i żaden z nich nie przekroczył magicznego poziomu średniej oceny powyżej siódemki. Produkcja, którą ocenia się na 6 z hakiem jest czymś, co raczej nie urywa tyłka. Ale coś mnie ciągnęło do jego najnowszego dziecka – do „Icemana”, który opowiada właśnie o Kuklińskim… Przyznam szczerze, mam mega mieszane uczucia… Tak, to typowy film na „szóstkę” (w 10cio stopniowej skali ofkors).

Twórcy próbowali pokazać podwójny los Richarda, który z jednej strony wiedzie typowe życie na przedmieściach, ma dom, ma rodzinę, kosi w sobotę rano trawnik i chodzi z córkami na rolki. Czasem nawet sypia z żoną… A z drugiej strony ta sama osoba jest sadystycznym oprawcą, który morduje ludzi na zlecenie mafii bez mrugnięcia okiem… Jest cholernie dobry i skuteczny. Szybko zyskuje „sławę” w branży. Ponadto opanowuje do perfekcji sztukę „utylizacji” zwłok i dzięki temu nie dość, że wodzi policję za nos, to jeszcze zyskuje podziw i pseudonim – The Iceman… Ale bawienie się w gangsterkę jeszcze nikomu nie wyszło na dobre (no chyba, że kościołowi, ale to legalna gangsterka jest)…

Podczas swojej działalności zawodowej Kuklinski zamordował ogromną ilość osób. Jedni mówią, że było ich około 100. Inni, że 2,5 raza więcej. Miał swoją moralność. Poza totalnym „oddaniem” rodzinie (i tej prawdziwej, i mafijnej), wyznawał kilka zasad. Pierwsza i najważniejsza: nie zabijał dzieci i kobiet. Zwykle (aczkolwiek nie zawsze) jego lufa była wycelowana w pierś jakieś szumowiny. Skurwiel, nie skurwiel – człowiek. To jeszcze moralność, czy już amoralność, jak w przypadku Leona Zawodowca, Dextera, czy Jurka Kilera.

Nie można odmówić twórcom stworzenia niezłego klimatu rodem z tamtych czasów. Wszystko wyglądało jakby było wyjęte z lat, kiedy to jedyna „władza” należała do mafiozów i ich przydupasów. Obsada też była całkiem niezła i „autentyczna”, a cała historia opowiedziana jest zarówno spokojnie, jak i dynamicznie. Ten film to bardziej dramat niż krwawa sensacja. Tu bardziej chodzi o „wnętrze” głównego bohatera, niż same jego działania. W pewnym momencie zaczęłam oglądać album o Abbie i wizyty zespołu w Polsce i wciągnął mnie bardziej, niż ten film.

Obejrzeć można.

ON:

Na zakończenie weekendu – „The Iceman”. Miała być sensacja, a okazało się mamy do czynienia z kryminalną biografią. Po seansie moje uczucia są bardzo mieszane, gdyż klimat filmu był mroczny i idealnie pasował do opowiadanej historii, ale całość się ciągnęła jak guma do żucia. Cały czas wydaje nam się, że będzie jeszcze coś, ale los spłatał figla scenarzystom i opowieść o Richardzie Kuklinskim po prostu kończy się podczas jednego popołudnia.

O panu Kuklinskim nie wiedziałem zbyt wiele. No jakiś Amerykanin polskiego pochodzenia, który zabijał na zlecenie mafii. Jak to się zaczęło? Jak zakończyło? Nie miałem pojęcia. Big Cyc kiedyś śpiewał „My Polacy, złoci ptacy, włóczykije i pijacy” i jak by nie patrzeć jest to prawda. Gdzie diabeł nie może, Polaka pośle. Znajdziesz nas w każdym zakątku świata i żadna praca nie jest nam obca. Dlaczego więc, nie można być polskim cynglem amerykańskiej mafii?

Kariera naszego rodaka rozkręcała się swoim ślimaczym tempem, aby w późniejszym etapie gnać do przodu jak szalona. Koleś pracujący w branży porno, praktycznie z dnia na dzień traci pracę i staje przed ofertą nie do dorzucenia. Bierzesz gnata zabijasz bezdomnego, aby udowodnić swoją lojalność i stajesz się jednym z nas. Tak oto Richard K. zaczął swoja trwającą praktycznie 30 lat działalność. Podobno w tym czasie zabił 100 osób. Pseudonimu Iceman dorobił się dzięki temu, że zamrażał swoje ofiary, przez co gdy policja znalazła ciało nie mogła określić daty zgonu, a to bardzo utrudniało śledztwo.

Na uwagę zasługuje Michale Shannon, który wcielił się w postać Richarda. Ten wielkolud z posępną miną jest zimny do granic możliwości. Dwie role, jakie grał w codziennym życiu, wykluczały się wzajemnie i może dlatego tak długo przestępca pozostawał nieuchwytny. Kto by podejrzewał o dziesiątki morderstw przykładnego ojca i męża?

Dzieło mało znanego reżysera Ariela Vromena jest typowym kinem jednego seansu. Po prostu obejrzymy i za chwilę o nim zapomnimy. W rozmowach o kinematografii na pewno się nie pojawi, a i w domowej wideotece raczej nie zagości. Moim zdaniem warto obejrzeć dla klimatu i roli Shannona.

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad