ONA:
Złote Orły to najważniejsze nagrody w polskiej kinematografii. W mojej opinii takie imprezy jak ta powinny oddzielać dobre gówno od gówna złego. Niestety, jestem naiwna i niezależnie czy jest to spektakularna uroczystość w Stanach, czy skromna w naszym Grajdole, czasami główne nagrody przyznawane są za jedno, wielkie NIC. Klasycznym przykładem jak z niczego zrobić wielkie halo jest produkcja Marcina Kryształowicza pt. „Obława”.
Tak, znowu zaczęliśmy projekt „Polski tydzień” i przez całe 7 dni (i 7 wpisów) będziemy się męczyć z rodzimymi filmami. Bez wchodzenia w szczegóły, zgromadziliśmy 7 tytułów, które w opinii znajomych zasługują na uwagę. Nadzieje są ogromne, ale uczucia bardzo ambiwalentne. Po raz milionpińcetny wałkujemy temat II Wojny Światowej. Było już kilka perspektyw, były filmy o przeżyciach jednej osoby lub całej zbiorowości. Było z perspektywy czasu i jakby „na żywo”. Tym razem historia dzieje się w lesie (och te polskie oszczędności) w obozie partyzantów. Ich zadanie jest proste: zabijają. Jak nie SSmanów, to rodaków, którzy zajmują się zdradą. Bo właściwie o tym jest ten film – o zdradzie, którą każdy pojmuje inaczej. Zdrada… Niezależnie czy dotyczy żony, rodziny czy może rodaków, zawsze jest wyborem zła. Zdradzając wybieramy kogoś kosztem innej osoby. Ale nie zawsze jest to nacechowane pejoratywnie.
Historia kręci się przede wszystkim wokół 4 osób: 2 kobiet i 2 mężczyzn. Kapral „Wydra” (Marcin Dorociński) to jeden z członków partyzantki. Jest bezwzględny. Bez mrugnięcia okiem podcina gardła, odcina głowy, strzela. To dla niego chleb powszedni. Drugim kolesiem jest Henryk (Maciej Stuhr) – zupełne przeciwieństwo kaprala. Nie lubimy go, jest chamem, jest burakiem. Jeśli zaś chodzi o kobiety, to w obozie partyzantów znajdziemy sanitariuszkę Pestkę (Weronika Rosati). Stara się jak może, dba o zdrowie wojskowych, gotuje im – słowem: skarb. A jednak, nie do końca. Ostatnia znaczącą bohaterką jest Hanna, żona Henryka (Sonia Bohosiewicz). Oczywiście, jak łatwo się można domyśleć, losy tej czwórki intensywnie się przeplatają.
„Obława” została nagrodzona Złotym Orłem za najlepszy film. Zupełnie nie rozumiem dlaczego. Fakt, jest nieco inny, niż przeciętne produkcje polskie, które dotyczą wojny. Jest brutalny i momentami obrzydliwy (scena z gotowaniem zupy na głowie SS-mana, jami, jami). Nie jest to typowe kino, o którym ironicznie opowiadał Jacek Braciak u Kuby Wojewódzkiego, kiedy to w okopie siedzi dwóch młodych, polskich wojaków, a jeden z nich mówi „Czuje się wyalienowany przez tych Niemców”. Tu nie dosyć, że mamy całkiem realne wybuchy i ukrwawienie ofiar, to widzimy okrutnie surowy klimat. Filtr zabarwiony jest odcieniami szarości i zieleni, co wyciąga dramatyzm i podkręca brutalność obrazu. Dorociński potrafi mnie zachwycić. Lubię jego grę aktorską, bo ona nie jest oczywista. Potrafi manipulować widzem i nigdy nie wiadomo, czy jest jednoznacznie tym złym, czy tym dobrym. Młody Stuhr z wiekiem staje się coraz bardziej Jerzowaty. Zaskakujące jest to, że ten uroczy facet, który potrafi rozbawić do łez, tu wchodzi w rolę złego typa, z niekoniecznie uroczym charakterem. I masturbuje się, a takie sceny nie są zbyt częste w produkcjach z kraju nad Wisłą. Z kolei babskie role – tragizm. Jeśli panią Sonię można nazwać aktorką, bo powtarza bez wyrazu wyuczoną kwestię, to ja też mogę nią być. Zero czegokolwiek. Jej rola jest nuda, oczywista, totalnie bezpłciowa i mdła. Do tego jej aparycja zupełnie nie pasuje mi, jeśli chodzi o takie kreowanie postaci. Weronika Rosati to ciągle dla mnie przerost formy nad treścią. Widziałam kilka jej ról, i tych „naszych”, i zagranicznych, i zawsze są one słabe. Rosati sili się na naturalizm, który wychodzi jej tak, jakby wsadzono jej coś długiego i sztywnego w dupę. Plus nienawidzę jej maniery, gdy mówi. Tak, jestem hejterką. Wolę Dorocińskiego.
I jest jeszcze jedna rzecz, która działała mi solidnie na psychę. Jeśli ktoś chce poszatkować scenariusz, pociąć narrację, to powinien całą procedurę solidnie przemyśleć. Gdyby Tarantino, który w „Pulp fiction” udowodnił, że jest mistrzem tego zabiegu, zobaczył „Obławę”, kulałby się ze śmiechu jak różowy prosiaczek. Zrobiono to w sposób żałosny.
To będzie długi, męczący tydzień.
ON:
Znów postanowiliśmy dać szansę polskiej kinematografii i po wczorajszym dniu zastanawiam się czy dobrze zrobiliśmy. Dwa filmy, które przyszło nam oglądać, pomimo dobrych recenzji jakie pojawiły się na ich temat w sieci, nie spowodowały u mnie euforii. Dlaczego? Może dlatego, że są po prostu przeciętne? Kolejny polski tydzień czas zacząć…
Na pierwszy ogień poszła zachwalana przez wielu krytyków i widzów „Obława”. Standardowo w Polsce mamy albo dramaty obyczajowe, albo filmu o wojnie, albo kretyńskie komedie z Szycem i Karolakiem. Co za tym idzie – nie było wcale wielkim zdziwieniem, że wspomniany film zalicza się do jednej z tych trzech kategorii – tym razem mowa o wojennej. Film zaczyna się od dialogu pomiędzy dwoma mężczyznami. Jednego z nich widać, a dokładnie widać jego plecy, drugi jest poza kadrem. Gadają o piłce nożnej, o niejakim „Świniaku”, o Niemcach i zdrajcach. Ten, którego widać, snuje się krokiem powolnym, rozmawiać z tym drugim nie chce, aż wreszcie zatrzymuje się. Wreszcie widzimy jego twarz, twarz mężczyzny, który wie że za chwilę umrze. W tym momencie pada strzał i mężczyzna osuwa się na ziemię, w ten sposób odsłaniając stojącego za nim kata. Jest nim Kapral Wydra (Dorociński). Cyngiel na smyczy AK. Nie zadaje on nie potrzebnych pytań, po prostu wykonuje rozkazy wydawane przez dowódcę. Wydra, wraz z kilkunastoma partyzantami, ukrywa się w lesie. Tutaj w lepiankach, głodując i marznąc przygotowują się do kolejnych akcji. Ważnych jest tylko niewiele postaci z tego dramatu. Jest ich dokładnie cztery. Poza Wydrą będzie to jeszcze obozowa sanitariuszka i kucharka „Pestka” oraz dwoje ludzi z poza bojówki. Mowa tu o małżeństwie Henryka Hanny Kondolewiczów. Dlaczego oni? Wszystko wyjaśni opowiadana historia. Film mówi przede wszystkim o zdradzie i zemście, a także o tym dlaczego pewne osoby są wstanie poświęcić życie wielu, aby ratować tylko jedno.
Ten film miałby okazje się obronić, ale niestety reżyser – Marcin Krzyształowicz, poczuł chyba potrzebę bycia sławnym jak sam Tarantino i przypadkowo przemieszał wszystkie karty scenariusza, układając je w dowolnej kolejności. Zabieg ten mógł wyjść tylko raz i to w przypadku kultowego „Pulp Fiction”, tutaj wkrada się chaos, który może zdezorientować i zirytować widza. W jednej scenie widzimy śmierć jednego z bohaterów, aby później zobaczyć go dzielnie „trzepiącego kapucyna”. Dodatkowo, poza Dorocińskim i Stuhrem, w tym obrazie nie ma dobrych aktorów. Nie wiem po co i dlaczego wszędzie są peany na genialne role Rosati i Bohosiewicz. Ta pierwsza swoją rolą nie przedstawiła nic ponad standardowy polski poziom gry aktorskiej, a ta druga jest cholerną mimozą, aktorka z niej taka co ze mnie chiński władca. Chodzi z tymi swoimi kaczymi usteczkami, robi smutne oczka i wypowiada łącznie z pięć zdań.
Dla mnie ogromne rozczarowanie. Bo poza kilkoma naprawdę ładnymi kardami, poza wspominanymi rolami męskimi, film nie oferuje nic, co może zaskoczyć, zaciekawić i uratować słabe polskie kino. Można zobaczyć, ale czy jest taka potrzeba?
