ON:
Długo czekałem na seans „Ex Machina”. Lubię dzieła mierzące się z tematem „ducha w skorupie”. Niedoścignionym jest dla mnie „Ghost in the shell” od Masamune Shirow. Wszystko dlatego, że cała historia tak fenomenalnie wtapia się w gatunek zwany Cyberpunkiem. „Ex Machina” to film inny od japońskiej mangi i anime, ale ma w sobie coś bardzo niepokojącego.
W 1950 roku Alan Turing badając AI, zaproponował test mający na celu ocenić czy osoba, z którą przeprowadzamy „wywiad”, jest maszyną, czy też człowiekiem. Turing zakładał, że człowiek jak i maszyna posiadająca sztuczną inteligencję, będą jednakowo starali się przejść badanie. Gdy osoba przeprowadzająca test nie będzie potrafiła wiarygodnie określić czy rozmawia z maszyną czy człowiekiem, to badany zadał. Film Alexa Garlanda porusza właśnie ten właśnie aspekt.
Caleb to programista pracujący w wielkiej korporacji. Wygrał on konkurs, w którym przez kilka dni będzie mógł pracować przy wyjątkowym projekcie. Wszystko owiane jest wielką tajemnicą. Spotkanie z jego przełożonym – Nathanem, odbywa się w ukrytym gdzieś pod ziemią kompleksie, o którego istnieniu wie tylko kilka osób.
Nathan, właściciel wielkiej korporacji, prowadzi badania nad sztuczną inteligencją, a Caleb ma mu w tym pomóc. Jego zadaniem będzie przeprowadzenie grupy testów z androidem o imieniu Ewa. Spotkania te podzielone są na sesje, podczas których człowiek i maszyna będą gawędzić na różne tematy. Część pytań jest błahych, część bardzo osobistych, ale każde z nich ma jakiś głębszy sens. Każde spotkanie kończy się rozmową pomiędzy Calebem a Nathanem. Brodaty szef chce wiedzieć co dzieje się w jego kompleksie i jakie są spostrzeżenia „nowego” pracownika. Im dłużej młody technik przebywa na terenie kompleksu, tym cięższa staje się ta opowieść. Zaszczucie i psychoza, jakie zaczyna odczuwać Caleb, udzielają się nam i powodują, że w pewnym momencie zaczynamy szukać odpowiedzi na pytanie: „Jakie będzie zakończenie tego filmu?”. Ja byłem zaskoczony i chociaż przewidziałem część tej historii to końcówka totalnie mnie zaskoczyła.
„Ex Machina” to opowieść o tym ile jest człowieka w człowieku i człowieka w maszynie. To historia, której kolejne sceny coraz to bardziej pobudzają wyobraźnię, chociaż mało tutaj sci-fi i spektakularnych efektów specjalnych. Założeniem była opowieść i to ona stanowi element zapalny, który daje nam do myślenia. Ja osobiście jestem zachwycony, może nie jest to arcydzieło, ale pozwala spojrzeć na zagadnienie „cyberudszy” w nowy świeży sposób. Fani będą zachwyceni.
ONA:
Taaa… Przyznam szczerze, że obejrzenie filmu „Ex Machina” było dla mnie wyzwaniem. Alex Garland stworzył bowiem dzieło bardzo dziwne, bardzo ładne i bardzo niepokojące. Filmy o sztucznej inteligencji doprowadzają mnie do gęsiej skórki szybciej, niż filmy o ufoludkach, psycholach i macierzyństwie. Ja naprawdę nie wiem co o tym filmie napisać, bo mogłabym napisać albo wiele, albo nic. Tylko czemu jedyne moje myśli o tej produkcji krążą wokół pewnego przymiotnika, zaczynającego się na literę „n”?
Caleb (Domhnall Gleeson) to młody programista, który wygrał pewien konkurs. W nagrodę może pojechać do posiadłości swojego ekscentrycznego szefa. Takie niby nic, wydawać by się mogło, że to dość słabe wyróżnienie. A jednak. Nathan to geniusz. Jest właścicielem ogromnej firmy internetowej, jego umysł powala na kolana, a dom – jest kwintesencją swojego lokatora: nowoczesny, super inteligentny i przy okazji – skrywający wiele tajemnic. Nathan ma konkretny plan względem Caleba. Ma mu pomóc w realizacji testu Turinga. A czym jest ten test? Spokojnie, ja też nie wiedziałam… Test Turinga to nic innego jak próba dowiedzenia, że maszyna jest w stanie myśleć tak, jak robi to człowiek. I właśnie to ma robić Caleb – ma sprawdzić, czy Ava, droid stworzony przez Nathana, już, czy jeszcze jest tylko maszyną… Oczywiście po drodze zaczynają się problemy, bowiem Ava informuje swojego rozmówcę o pewnych… „problemach”.
Nie jestem zbyt wielką fanką filmów sci-fi. Oczywiście jest mnóstwo takich, które uwielbiam, ale dla mnie podstawową kwestią w dziełach z tego gatunku, jest akcja. Akcja musi być, bo inaczej dupa zbita, a ja się po prostu nudzę. Na „Ex Machina” wynudziłam się do granic przyzwoitości. Co z tego, że film ma całkiem niezłą fabułę, jak poprowadzony jest strasznie smętnie. Potencjał był i zdechł. Samą „dziwnością” nie da się ot tak, poprowadzić filmu. Mogłabym go ocenić na 7 punktów w dziesięciostopniowej skali, bo on jest „jakiś”. Jest tajemnica, jest niepewność, a potem wszystko w bardzo błahy sposób się rozmywa. Można dosłownie ZDECHNĄĆ z nudy.
