Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Płynące wieżowce

ONA:

Dwóch facetów, z jak najbardziej heteroseksualną przeszłością, wpada na siebie i coraz śmielej odkrywa swoje wzajemne pożądanie. Jeden się z tym godzi szybko, drugi nadal tkwi w związku z kobietą, próbując powstrzymać to, co czuje i czego nie czuje. Ich uczucie było bagatelizowane, piętnowane, ale tęsknota i namiętność nie umiała ich utrzymać w ryzach i oczekiwaniach. Brzmi znajomo? Owszem. Ale to nie „Tajemnica Brockback Mountain” tylko polska, praktycznie identyczna historia, którą osadzono jedynie w innych realiach. Kuba (Mateusz Banasiuk) to stereotypowy samiec alfa: męski, silny, władczy, z jeżem na głowie i w dresie. Jest obiecującym pływakiem, który mieszka ze swoją matką i dziewczyną na pewnym blokowisku. I wtedy poznaje Michała (Bartosz Gelner). Jego poglądy i pociągi stają na głowie. Tylko to nagłe uczucie nie tylko wywraca jego świat. Gdyby zakochał się w dziewczynie, nie byłoby problemu. A tak? Kuba jest lekko przerażony tym, co się z nim dzieje. On? On jest gejem? Jemu podoba się facet? Michał szybko przyznaje się do tego, co właśnie czuje. Sylwia, dziewczyna Kuby, jest kobietą zdradzoną. Zdrada boli zawsze, niezależnie od tego jakiej płci dotyczy. Ale ona za wszelką cenę walczy. Krystyna (Iza Kuna), matka Michała, z pozoru jest bardzo tolerancyjna, stara się pomóc synowi, ale tak naprawdę zależy jej tylko na tym, by obrazek idealnej rodziny został zachowany. Z kolei matka Kuby – Ewa (Katarzyna Herman) nagle „polubiła” swoją przyszłą synową. Bo lepsze to, niż „synowiec”(?). Typowa, polska dulszczyzna. Nie ważne są uczucia, ważne, by było społecznie akceptowane.

Nie sposób oglądać filmu Tomka Wasilewskiego i nie dopatrywać się w nim nawiązań do głośnego dzieła Anga Lee (który swoją drogą jest moim zdaniem jedną z piękniejszych historii miłosnych, jakie kiedykolwiek zostały przeniesione na duży ekran). Może nie nazwałabym tego kopią, ale inspiracją. Ładne kadry mieszają się z surowymi. Widać pasję, widać pożądanie, widać namiętność, a sceny seksualne budzą emocje. Tak, scen seksualnych jest sporo. Homo, hetero, analnie, oralnie – ale są wysmakowane, a nie wulgarne. Nić erotyzmu nie została przerwana hardkorową jebaniną. Tylko Ang Lee w scenariusz wplótł jakąś opowieść, a historia nie nudziła. Wasilewski zapomniał o tym elemencie, próbując stworzyć produkcję, która nie jest ani odkrywcza, ani zachwycająca. Robienie filmów o homoseksualnej miłości stało się trendem, który niedługo będzie równie oklepany, jak filmy o wojnie/komunie.

Jednak niewątpliwą wartością, płynącą z tego dzieła, jest jego uniwersalna wymowa. To wcale nie musiał być film o „gejach”. To produkcja, która mówi o tym, że kreowanie własnego szczęścia zależy wyłącznie od nas, od naszych wyborów, które czasami zasługują na to, by przekroczyć społecznie akceptowane normy i oczekiwania. „Płynące wieżowce” nie urwały mi żadnej części ciała, ale oglądałam je w skupieniu. To bardzo poprawnie, bardzo ładnie pokazany film, ze skrajnie spłyconą historią, która nakręci jedynie narodowców.

ON:

O „Płynących wieżowcach” przeczytałem na Facebooku Tomasza Raczka, faceta, który o filmie wie wszystko. Gdy na programie drugim wyświetlano „Perły z Lamusa” po raz pierwszy miałem okazję obejrzeć „Psychozę”. Przed filmem zawsze Pan Raczek i Pan Kałużyński debatowali o kinie, o jego historii i osiągnięciach. Rozbierali na czynniki pierwsze kinematografię. Wszystko to działo się wiele lat temu, ja byłem dzieciakiem i pewnych rzeczy jeszcze nie łapałem.

Dziś jestem już starym koniem. Pan Kałużyński niestety nas opuścił, Pan Raczek okazał się być gejem. Nie zmienia to faktu, iż nadal jest cenionym krytykiem i publicystą. Miłość zawsze jest taka sama, niezależnie kogo kochamy – mężczyznę, czy kobietę.

I właśnie o miłości są wspomniane na początku „Płynące Wieżowce” – o miłości, którą łatwiej zrozumieć osobie, która w środowiskach homoseksualnych obraca się na co dzień. Dla przeciętnego hetero opowieść ta może być niesmaczna lub po prostu niezrozumiała. Reżyser Tomasz Wasilewski pokazuje wysoki poziom swojego filmowego rzemiosła, ale jest to jednak za mało, aby przekonać mnie do prawdziwości tejże historii. Pomimo swojego dramatyzmu, jest ona nijako dziwna. Wydaje się ona być napisanym na skrawku restauracyjnej serwetki zalążkiem czegoś więcej. Wiem, że życie potrafi pisać takie dzieła, zaczynające się niespodziewania i niespodziewanie się kończące, ale ta zaczyna się i kończy nienaturalnie niespodziewanie.

Poruszony tutaj temat homoseksualnej miłości pomiędzy dwoma młodymi mężczyznami – Kubą i Michałem rozwija się powoli, można powiedzieć kwitnie. Tak samo jak kwitną konflikty, rodzące się z tego uczucia. Ciężko przekonać bliskich do zrozumienia czegoś sprzecznego z ich wersją normalności. Rafał zaczyna oddalać się od swojej dziewczyny, prowadzi wewnętrzną walkę ze samym sobą, którą ostatecznie przegrywa. Oddaje się uczuciu, które powszechnie uznawane jest za brudne i zakazane. Następuje fala potępienia, która musi się skończyć tragicznie. Nie może być tutaj happy endu, gdyż zniszczyłby on całe założenie tego obrazu. Jakie ono jest? Chodzi o to, by zrozumieć, iż homoseksualizm to nie choroba, nie jest to nic złego i zbereźnego. To budowanie związku opartego na emocjach i pożądaniu.

Gdy jednak przyjrzymy się „Wieżowcom” z bliska srodze się zawiedziemy. Otoczka, która wydaje się bardzo światowa, może europejska, zostaje zabita polską przeciętnością. Klika ładnych kadrów i dość kontrowersyjna, jak na polskie realia, historia to za mało, aby rzucić na kolana. Tym bardziej dziwą nagrody, które otrzymał film. Z drugiej strony w całym natłoku słabej krajowej kinematografii „Płynące Wieżowce” mogą zakrawać na arcydzieło.

Nie ukrywam, że zawiodłem się, bo spodziewałem się czegoś więcej.