ON:
Joon-ho Bong w niektórych kręgach uznawany za kultowego z racji stworzenia „Host”. Postanowił zająć się post-apokaliptycznym, opartym na komiksowym scenariuszu, sci-fi i okazuje się, że wyszło mu to nader dobrze. Na tyle ciekawie i mało przekombinowanie, że udało mi się namówić Paulinę na seans „Snowpiercer”, a przyznam się, że jest to wyczyn.
Podczas początkowych napisów dowiadujemy się, że globalne ocieplenie tak zagroziło naszej planecie, że rządy wszystkich krajów oraz naukowcy postanowili rozpylić w górnej warstwie atmosfery środek, który miał lekko i powoli oziębić klimat. Niestety, coś poszło nie tak i otrzymaliśmy kolejne zlodowacenie. Jest rok 2031 – ludzkości udało się uratować dzięki pociągowi-arce wymyślonemu przez bogacza, naukowca i filantropa – Wilforda. Stworzył on napęd idealny, pozwalający działać nawet w tak drastycznych temperaturach, stworzył pociąg z zamkniętą społecznością, na którą nie ma wpływu nic poza klimatem. Ludzki organizm, wewnątrz stalowej puszki, jest idealnym mikro społeczeństwem. Ma swoje podziały, hierarchię, rząd. Biedota, zaszczuta i zezwierzęcona, mieszka na końcu składu. Pilnowana przez uzbrojonych strażników każdego dnia dostaje proteinowe, zrobione z karaluchów batony. Niestety, czas owcy, która idzie na rzeź już minął, młody Curtis ma dość. Biedota z ogona postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i przejąć lokomotywę oraz cały pociąg.
Bunt zaczyna się szybciej, niż się spodziewano. W takich chwilach działa impuls, a na niego nie trzeba było czekać długo, czara goryczy się przelała i tak zaczyna się podróż z końca składu, na czoło pociągu. Aby sforsować kolejne drzwi potrzeba tęgiego umysłu, projektanta zamków zamkniętego w znajdującym się w jednym z wagonów więzieniu. Wraz z nim i jego córką grupa mieszkańców brnie do przodu. Walczą na śmierć i życie z zastępami strażników, którzy ślepo oddani są władzy Wilforda. Gdy przekroczą pewną granicę, nie będzie powrotu, a to co zobaczą zmieni ich tor myślenia o 180 stopni.
Gdy zaczniemy rozbierać tą podróż na części pierwsze, znajdziemy ogromną ilość błędów logicznych, szczególnie dotyczących samej konstrukcji pociągu oraz jego napędu. Dlatego mamy do czynienia z opowieścią sci-fi, dzięki temu możemy przymknąć oko na techniczne szczegóły i skupimy się na aspekcie ludzkim i filozoficznym. Gdy już dochodzimy do samej lokomotywy, elementy układanki wpadają na swoje miejsce, a wydające się dziwacznymi gesty i słowa znajdują swoje wytłumaczenie w kolejnych kadrach tego dzieła.
„Snowpiercer” wpadł w nasze ręce dopiero teraz, ponad pół roku po światowej premierze. Zaskakuje w nim wiele rzeczy, między innymi scenografia, która w pierwszej klasie pociągu bardzo nawiązuje do Art-deco. Kolejna sprawa to obsada. Gdy przejrzymy listę płac będziemy zaskoczeni: Evans, Harris, Swinton, Hurt nazwiska te robią wrażenie.
Dla mnie dzieło Joon-ho Bonga ma szansę wejść do kanonu sci-fi i na pewno znajdzie wielu oddanych fanów.
ONA:
Ta historia zaczyna się w lipcu 2014 roku, kiedy to ludzkość w nieodwracalny sposób wpłynęła na wygląd swojej planety. Globalne ocieplenie stało się zjawiskiem dramatycznie zagrażającym wszystkim, dlatego postanowiono coś szybko i skutecznie z tym zrobić. Tajemniczy środek – CW7 został wprowadzony do górnych warstw atmosfery. Miało to pomóc w ustabilizowaniu temperatury. Rewelacyjny i rewolucyjny środek zaradczy okazał się jednak złym, żeby nie powiedzieć tragicznym pomysłem i rozwiązaniem. Wkrótce Ziemię pokrył lód, a życie praktycznie przestało istnieć. Nielicznym udało się schronić w „arce przyszłości” – w majestatycznym, potężnym pociągu, który sunął po całym świecie. Jego twórcą był tajemniczy Wilford, człowiek, którego tego typu maszyny fascynowały od dziecka, dlatego zapragnął stworzyć własną. Jego konstrukcja okazała się proroczym rozwiązaniem dla tych, którzy przeżyli. My poznajemy „mieszkańców” pociągu 17 lat później. Żyją sobie w owej arce jak w typowym społeczeństwie – są lepsi, są gorsi, są bogaci, wpływowi, a także biedni, dyndający na końcu łańcucha pokarmowego. Ci pierwsi żyją sobie jak bogowie w początkowych wagonach. Im dalej – tym gorszy status „mieszkańców”. Na końcu znajdują się brudne, pociągowe slumsy, a w nich głodni, wykorzystywani, pozbawieni jakichkolwiek praw mieszkańcy, zdani wyłącznie na siebie, swoje instynkty. I jak można przewidzieć – wkrótce ktoś powie „Dosyć” i zacznie się bunt…
Jeśli komuś podobał się klaustrofobiczny klimat chociażby z pierwszej części przygód Elen Ripley – powinien być zadowolony – tu nie dość, że jest ciasno, to jeszcze cała maszyna mknie po zlodowaciałym świecie. Z kolejnymi scenami poznajemy tę historię coraz bardziej, widzimy pranie mózgu, które mieszkańcy fundują sobie nawzajem, widzimy metaforę społeczeństwa w różnych odsłonach. Na czele buntowników z końca pociągu stoi Curtis – w tej roli Chris Evans, który ma ciemne włosy i zarost, idealnie kontrastujące z błękitem jego oczu, który porzucił fatałaszki Kapitana Ameryki i walczy o swoje. Mamy tu również Tildę Swinton w roli pani minister, próbującej „okrzesać” brudasów. W intrygujących kreacjach możemy również odnaleźć Johna Hurta i Eda Harrisa. „Snowpiercer” to dzieło, które psuje głowę i intryguje. Finał potrafi zmieść z powierzchni niejedną osobę, która do tego momentu próbowała w jakiś mniej lub bardziej zgrabny sposób połączyć fakty. Ja byłam nawet przekonana o tym, że to wszystko jest jedną, wielką ściemą. Niestety, trochę się dłuży. Kolejne etapy walki, kolejne trupy w drodze do celu – czyli do przodu pociągu nie sprawiają, że ogląda się to dzieło z zapartym tchem. Jest imponująco zrealizowany, dopracowany i trochę komiksowo przerysowany. To film na raz, ale mimo to – warto. Po seansie mój logiczny umysł nie był w stanie ogarnąć tego wszystkiego, np. skąd czerpani mięso? Albo technologię? Skąd broń, naboje? Skąd energia napędzająca całą maszynę? Co w przypadku, kiedy tory uległyby zniszczeniu – ale ja po prostu mam chyba za słabą wyobraźnię. Słowa-klucze tego dzieła to: ekosystem, populacja, porządek i równowaga. I o tym ten film jest.
