Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

GRY

Quake II (XBOX360)

ON:

Dziś będzie bardzo retro. Zabiorę się bowiem za recenzję gry z 1997 roku. Część z Was pamięta na pewno kultowego Quake’a z niezapomnianą muzyką NIN i okultystycznymi klimatami. Moje świętej pamięci 486DX4 z 8MB ramu dostawało zadyszki przy tym tytule. Grałem w okienku i cieszyłem się z braku „pokazu slajdów”. To były czasy. Na kompach pierwsze klasyki i tytuły już zapomniane, na półce pod telewizorem koło Pegasusa leżał „szarak”, a na nim ogrywane były konsolowe gry. Dziś wiele się zmieniło. Komputer jest do pracy, a do gier służy Xbox 360.

Całe szczęście cały czas możemy zagrać w klasyczne tytuły dzięki takim platformom jak GOG.COM. Podobnie jest z resztą na rynku LIVE, gdzie bez problemu znajdziemy zremasterowane edycje wielu starych hitów, nawet gier, które były dostępne na automatach. Tak między innymi jest z grą „Quake II”. Tytuł ten wyszedł spod skrzydeł sławnego id Software. Zespół, który dzięki „Quake” doprowadził do rewolucji na rynku FPS-ów, postanowił po raz kolejny dać graczom coś, co na chwilę oderwie ich od codzienności.

Na konsoli Xbox 360 „Quake II” pojawia się jako gra z rynku Live dopiero w 2005 roku. Poza tym można ją było znaleźć w specjalnej edycji „Quake IV”. W pudełku bowiem poza QIV znajdował się także bonusowy dysk, na którym były rodzaju dodatki oraz gra dostosowany do potrzeb konsoli Xbox QII.

Już podczas odpalania gry widać, że mamy do czynienia z „old schoolem”. Niskiej jakości grafika oraz sterowanie w menu jedynie za pomocą „krzyżaka” to pierwsze, czego można było się spodziewać. A jak jest dalej? Gracze starej daty raczej nie będą narzekać, dzieciaki wychowani na grafice full HD mogą być zaszokowani.

Zacznę jednak od samej historii. Jak w przypadku wielu FPS-ów jest ona szczątkowa i nie wymaga od nas uwagi. Tak naprawdę jest tylko po to, abyśmy mieli pretekst do wybijania kolejnych potworów. Kosmiczna flota, w której znajduje się nasz bohater, zmuszona jest do awaryjnego lądowania na obcej planecie zamieszkałej przez wrogą cywilizację. Dość szybko przekonują się o tym członkowie załogi. Aby móc wyrwać się z tego miejsca musimy poradzić sobie z labiryntem korytarzy i serią zadań, która nie należy do najtrudniejszych.

Wracając do rozgrywki. Na plus można zaliczyć klasyczną grafikę, która trochę podciągnięta nadal wygląda jak za starych czasów. Port na Xboxa nie urywa tyłka i na PC tytuł ten wygląda dużo lepiej. Ale grafa nie ma znaczenia podczas gry. Tutaj liczy się czysty wygrzew. Do eksterminacji wrogów dostajemy dość pokaźny arsenał, chociaż brak w nim znanego z pierwszej części „Nailguna”. Mamy za to blaster, strzelby, karabiny, wyrzutnię granatów i rakiet. Jest w czym wybierać.

Minus to sterowanie. Samo poruszanie się po mapach jest zrobione wyśmienicie, choć lewa gałka analoga czasem jest zbyt czuła, to za sterowanie ktoś powinien dostać po łapach. Wszystko dlatego, że brak jest możliwości dopasowania czułości do preferencji gracza. Długo trzeba się przyzwyczaić do „udanego” celowania. Z tego powodu często możemy zginą ponieważ nie mamy możliwości trafienia nawet w grupę przeciwników. Ale jak napisałem –  i o tego można się przyzwyczaić.

Dla mnie to już stara szkoła grania. Bez zbędnego słodkiego pierdzenia. Poziomy trudności są zbalansowane, rozgrywka dynamiczna i co najważniejsza – nie za długa i nie za krótka. Gra nie straszy już jak kiedyś z racji swojej grafiki, która niestety bardzo się postarzała, ale nadal da się grać. No i najważniejsze  – na Xboxie są achievementy. Jest ich dokładnie 9 a ich wartość punktowa to 0GS. Jak sami widzicie tytuł dla totalnych fanów i wariatów.