ON:

Jeśli „Głupi i głupszy” zaliczał się do kretyńskich filmów, to jego kontynuacja „Głupi i głupszy bardziej” przekroczyła skalę i nie ma żadnej miary na określenie dna, jakie osiągnęło to dzieło. Chociaż użycie słowa „dzieło” w stosunku do tej produkcji jest dużym nadużyciem. Po seansie, który mógł doprowadzić do udaru, zastanawiam się, czy przypadkiem ktoś nie poleciał na kasę. Nie do końca bowiem rozumiem dla kogo został stworzony ten film. Stara gwardia będzie zażenowana, a młokosi raczej nie będą się śmiać podczas seansu, który wypełniony jest abstrakcyjnym dowcipem pełnym bezsensu.

Ta filmowa kloaka ciągnie się przez 110 minut i nawet nie zmusza nas do skupienia się na historii. Scenariusz jest tutaj na dokładkę, jest jedynie przypiętą karteczką, mającą uzupełnić kolejne dowcipy i skecze o pierdzeniu, czy sraniu. Nawiązań do seksu też jest kilka, ale są tak nieudolne, że nie zawstydzą nawet bogobojnej staruszki.

Mija 20 lat od chwili, gdy dwójka upośledzonych przyjaciół wyruszyła do Aspen. Przez ten czas Lloyd siedział w zakładzie zamkniętym, który ratował ludzi przed jego obecnością. Co za tym idzie – życie wielu osób było spokojniejsze. W pierwszych pięciu minutach okazuje się, że Lloyd przez te 20 lat wkręcał swojego kumpla Harry’ego, bo po prostu chciał mu zrobić dowcip. W tym momencie coś zaczęło mi świtać. Czerwona lampka zapaliła się i ostrzegała, że film zawiera coś, co zwie się kloaczym dowcipem. Niestety, chciałem być twardzielem i to był błąd. Po seansie nic już nie będzie takie, jak dawniej. Przeprowadziłem sam na sobie za pomocą tej szmiry lobotomię, bardzo bolesną i na długo zapadającą w pamięć.

Czy jest w tym filmie coś dobrego? Raczej nie. Seans męczy zamiast bawić, dowcip nie śmieszy, gagi przyprawiają oglądających o zgagę, a gra aktorska tutaj nie istnieje. Wszystko wygląda jakby było szyte na poczekaniu. Nie wiem co się stało, że Carrey i Daniels poszli na układ i po raz drugi zrobili z siebie debili pierwszej klasy. Cały czas tłumaczę sobie, że to po prostu gruby „szmelc”, który pozwoli im na stare lata spokojnie pierdzieć w „dżakuzi”, popijając drinka z parasolką i gapić się na młode laski, które ruszają swoimi nagimi piersiami w rytm snującej się z głośników muzyki. Jeśli to o to chodziło, to jestem w stanie zrozumieć sens tej produkcji. Jeśli cel był inny, to nie wiem co powiedzieć.

Unikajcie tej kupy!

ONA:

Właściwie wszystko zaczęło się od tego filmu. Wszystko, czyli te ponad 3 godziny, które spędziliśmy w towarzystwie dwóch żenujących komedii, które nigdy nie powinny powstać. A to wszystko przez Dawida, którego chyba zwolnię. To on wpadł na pomysł „Hej, może druga część „Głupiego i głupszego” na wieczór?”. A ja zupełnie jak naiwna, nieco zmęczona – właściwie zorana dniem i pędem antylopka, zgodziłam się, nachylając się nad wodopojem z krokodylami. A potem było jeszcze gorzej, bo ten sam Dawid, wypełniony zażenowaniem stwierdził, że musimy sprawdzić czy część pierwsza była równie do dupy, co sequel, ale tę historię już Wam opowiedzieliśmy. Zatem – ech – czas na część drugą tego koszmaru.

Od ostatnich wydarzeń minęło 20 lat. Dwie pieprzone dekady. Harry (J. Daniels) „jakoś” żyje sobie, a Lloyd (J. Carrey) od poprzedniej akcji jest pod opieką zakładu zamkniętego. Przyjaciel odwiedza go regularnie, bo przecież na tym polega przyjaźń – nawet, jak jeden z jej elementów jest jarzyną, z którą nikt nie ma kontaktu. I po tych 20 latach nagle, zupełnie niespodziewanie Lloyd przyznaje się, że udawał. Tak po prostu. Nawet wtedy, gdy Harry go przewijał i cewnikował. Potem jest jakieś blablabla, nic istotnego, aż do momentu, gdy Harry wyznaje przyjacielowi dwie rzeczy: potrzebuje nerkę do przeszczepu i gdzieś tam w świecie jest owoc jego lędźwi. Panowie postanawiają odszukać rzekome dziecko Harry’ego i namówić go, by oddało ojcu nerkę. I tak znowu zaczyna się pełna przygód podróż, podczas której jakimś udaje się im przetrwać, mimo różnych, dziwnych sytuacji…

Rozumiem, że po 20 latach odkopano tych bohaterów tylko w „hołdzie” dla fanów. I tylko oni powinni mieć dostęp do tej produkcji, bo jest ona jeszcze gorsza, jeszcze bardziej skretyniała, niż poprzednia. Oglądanie tego filmu autentycznie boli. Na dodatek ciągnie się on nieubłaganie, a po każdej żenującej scenie, jest następna i następna, i następna, i następna. Nie ma tu ani jednego momentu, kiedy mogłabym nie że zaśmiać się – nie oczekuję cudów, ale chociaż lekko podnieść kąciki ust. No ok, jeden kącik, tworząc dość mierny układ mimiczny.

Męczyłam się strasznie. Teraz, w ramach odtrucia organizmu, powinnam obejrzeć wszystkie filmy Lyncha.