Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Rocky 4

ON:

Minęliśmy półmetek. Trzy historie o bokserze za nami, dziś zabieramy się za czwartą, chyba najbardziej rozpoznawalną dzięki postaci Drago, granego przez Dolpha Lundgrena. Niewiele się zmieniło od poprzedniej części. Stallone zasiadł na krześle reżysera, zabrał się za scenariusz, no i oczywiście wcielił się w rolę Rocky’ego. I po raz kolejny dostaliśmy całkiem dobre kino. 

Zaczyna się dość sielankowo, wręcz rodzinnie. Rocky wraz z synem i żoną wiodą spokojne życie. Apollo Creed pojawia się czasami u nich w domu, przyjaźń bowiem kwitnie w najlepsze. Paulie nie może sobie znaleźć lepszej połowy, co za tym idzie dostaje od boksera robota pokojówkę. Swoją drogą ten wątek jest tak kiczowaty, że aż bolą dziąsła, ale przy okazji dodaje on odrobinę humoru do całej opowieści.

Do Stanów przyjeżdża radziecka ekipa sportowców. Drago ze swoją ukochaną Ludmillą oraz ich partyjni kumple, starają się przekonać amerykańską opinię publiczną oraz fanów boksu, że rosjanin zwany „Syberyjskim Expresem”, jest najlepszym sportowcem świata. Dlaczego? Bowiem pomaga mu w treningach wspaniała, rosyjska technologia. Jego mięsie są ze stali, refleks szybszy niż u kobry, a ruchy zwinne niczym u tygrysa. Drago jest niezłą przynętą, którą chwyta Apollo Creed. Stary bokser postanawia rozegrać jeszcze jedną walkę, walkę pokazową z radzieckim twardzielem. Creeda gubi jego lekkoduszność, nie spodziewa się, że sparing przerodzi się w walkę na śmierć i życie. Apollo kończy na deskach, z których nigdy już nie powstaje.

Zaczyna się kolejny etap. Rocky czuje się odpowiedzialny za swojego kumpla i swoistego mentora, który pozwolił stanąć mu na nogi podczas walki z poprzednim przeciwnikiem. Chce więc pomścić śmierć przyjaciela. Zgadza się na pojedynek z Drago. Rosjanie podnoszą rękawice, tyle, że walka ma się odbyć na radzieckiej ziemi. Wspierany przez wszystkich Balboa rusza wraz Paulie’m odwiedzić mateczkę Rosję.

To, co na zawsze zapadło mi w pamięć, to morderczy trening obu bokserów. W czasie gdy Drago popierdziela na bieżni, która w pewnym momencie zaczyna się podnosić, widzimy ujęcia Amerykanina, który wbiega pod stromą górę. Drago podnosi ciężary, a Rocky przerzuca bele drewna. To naprawdę robiło wrażenie na dzieciaku, którym byłem oglądając ten film po raz pierwszy.

Czy coś się zmieniło? Nie, nadal mamy do czynienia z kinem klasy B, które ogląda się wyjątkowo dobrze. To wyśmienita uczta dla fanów klasyki filmowej.

ONA:

Mam dziwne wrażenie, że czwarta część przygód Rocky’ego Balboa jest najbardziej komercyjna. Dużo się tu dzieje, ale najważniejsze jest to, że na ringu stanęło dwóch „superbohaterów” z kina tamtych czasów: Sylvester Stallone i Dolph Lundgren.

Rocky znowu triumfuje. Po spektakularnym zwycięstwie nad krnąbrnym przeciwnikiem – nasz bohater zamknął usta wszystkim, którzy w niego wątpili. Oczywiście, nie może być za nudno, więc trzeba mu nieco skomplikować życie, które sobie tak pieczołowicie układa. Tym razem pojedynek będzie nie byle jaki, bo ma on podłoże polityczne. A jeśli wejdziemy w tę część, to wiadomo, że USA muszą tłuc się po mordach z ZSRR. Z jednej strony ringu staje więc maszyna do boksowania, naszprycowany sterydami do granic przyzwoitości Ivan Drago. Po drugiej… No właśnie. Po drugiej staje Apollo Creed, któremu marzy się powrót na szczyt. Przed walką jest już dość napięta atmosfera. Apollo jest bardzo pewny siebie i urządza prawdziwe, przesączone amerykańskością show. Niestety, na nic zdaje się orzeł, James Brown i powiewający Gwieździsty Sztandar. Creed ledwo wytrzymał pierwszą rundę. W drugiej, po mocnym ciosie, pada na dechy. Martwy. Rocky, czując się odpowiedzialnym za śmierć przyjaciela, postanawia pokonać rywala. Walka ma odbyć się w ZSRR, gdzie na czas przygotowań przeprowadza się Balboa. Zaczyna ostro trenować na Syberii i wreszcie przychodzi czas pojedynku. Nie na swojej ziemi, z obcą publicznością, bez przyjaciela, z wyrzutami sumienia… To będzie ciężki pojedynek.

Wytłumaczcie mi – jak to jest możliwe, że to CZWARTA część przygód boksera i ona nadal jest tak diabelnie dobra? To jest wręcz niepojęte. Przecież wszystkie części mają praktycznie taką samą konstrukcję, różniąc się jedynie detalami, a i tak widzowie przeżywają go, jakby był nowością, która dopiero pojawiła się w kinach. Może właśnie w tym tkwi sekret? Może Rocky tylko pozornie jest filmem bardzo błahym, komercyjnym, prostym i zwykłym? A, zapomniałam o kolejnej bardzo ważnej rzeczy, o której nie wspomniałam do tej pory – filmy o Balboa mają zawsze bardzo dobrą warstwę muzyczną. To, plus Stallone, plus fajna historia wypiera takie pierdoły jak nieudolna Brigitte Nielsen.

I widzicie, nie można liczyć, że kiedykolwiek napiszę, że film „ambitny” mnie zachwycił, bo mi wystarczy Rocky Balboa.