ON:

Jest 21:48. Dzień przepełniony pracą oraz telefonami. Chwila wytchnienia w porze obiadowej, a później znów do pracy. Mailing, kreacja itd. Na sam koniec zostawiłem sobie wpis na dziś. Wiadomo, że w tym tygodniu rozprawiamy się z serią o najbardziej znanym filmowym bokserze. Dziś trzeci odcinek tejże opowieści.

Po raz kolejny Stallone sam bierze się za cały film. Tym razem jednak następuje zmiana konwencji. Reżyser wyzbywa się tej bardzo dramatycznej strony Rocky’ego i skupia się w większości na nadchodzącej walce.

Po wydarzeniach z drugiej części Balboa wraz z żoną i synem mieszka sobie w Filadelfii. Spokojna sielanka, którą mają na co dzień, nie jest przerwana żadnymi dramatycznymi wydarzeniami. Rocky ma swój pas, ale tym razem zarzeka się, że już na pewno nie wróci do boksu. Ma rodzinę i ma po co żyć, a lekarze nadal twierdzą, że powinien odpuścić sobie walki. W tym samym czasie na arenie pojawia się nowy, młody narybek w postaci buńczucznego Clubbera Langa (Mr.T). Ten czarnoskóry bokser jest jak rozpędzona lokomotywa i nikt nie jest w stanie go zatrzymać. Zuchwała kreacja, pyskówki, złośliwe komentarze w kierunku Balboa mają przekonać Rocky’ego do walki. W końcu męskie ego nie może więcej znieść upokorzeń i Włoski Ogier postanawia dać nauczkę Langowi. Do walki przygotowuje go Mickey. Stary wyjadacz widzi, że coś się szykuje, widzi, że jego podopieczny nie jest gotowy na tę walkę. Wyjście na ring i starcie z Clubberem kończy się bardzo brutalnym knockoutem na osobie zbyt pewnego Włocha. Na domiar złego Mickey ma zawał i ląduje w szpitalu, z którego nie jest mu już dane wrócić.

Bokser zapada w stagnację, nie może poradzić sobie z wszystkimi otaczającymi go rzeczami. Na scenie pojawia się Apollo Creed, który po poprzednich walkach bardzo zbliżył się do swojego byłego przeciwnika. Teraz bokserzy są kumplami, którzy zawsze mogą na siebie liczyć. To właśnie Apollo łapie Rocky’ego za fraki i stawia na nogi. Oczywiście wszystko kończy się widowiskowym laniem się po pyskach.

Chyba najlepsze w tej serii jest to, że to już trzeci film, a nadal dobrze się go ogląda. Nie jest to może kino wybitne, ale prosty scenariusz plus fajnie zagrane postacie, które nie zmieniają się przez kolejne odcinki i do których się przyzwyczajamy – to najmocniejsza storna tego dzieła. Oczywiście, nie można zapomnieć o walkach, które nawet tera wyglądają bardzo realistycznie. Po raz kolejny uważam, że warto.

ONA:

Dziś i jutro zamieścimy recenzje moich ulubionych części przygód zawziętego i ambitnego boksera z Filadelfii. Trudno mi wybrać jedną taką „naj naj” z wszystkich sześciu odsłon, ale te dwie jakoś spasowały mi najbardziej. W „Rocky 3” nasz bohater znowu jest na szczycie, z którego z impetem spada. Ale na dnie w jego stronę zostaje wyciągnięta ręka osoby, która chce mu pomóc. Osoby, której by nigdy nie podejrzewał, że zrobi to dla niego…

Po spektakularnej wygranej i zdobyciu mistrzowskiego pasa, Rocky stał się coraz bardziej sławnym sportowcem. 10 razy udało mu się obronić tytułu, za co w ramach wdzięczności otrzymał pomnik od miasta, z którego pochodzi. Te wszystkie sukcesy zdają się być wabikiem dla osób, które twierdzą, że wszystko coś zbyt łatwo przychodzi Balboa. Do tej grupy należy James „Clubber” Lang (Mr. T), który wyzywa go na pojedynek. Rocky się godzi i znowu zaczynają się problemy. Na skutek „szarpaczki” Clubber uderza Mickey’a, trenera od Rocky’ego. Staruszek umiera. A Balboa, niezbyt dobrze przygotowany do walki, dostaje na ringu tęgi wpierdziel. Rocky ma dość. Jest zdruzgotany, załamany. Chce zakończyć karierę. I wtedy pojawia się ktoś, kto chce mu przywrócić honor i „Eye of the tiger”. Tą osobą jest Apollo Creed. Rocky po raz kolejny zaczyna trening. Tym razem poza zdobyciem formy fizycznej, musi też poukładać sobie wiele rzeczy w głowie. Jego dawny rywal, a obecnie jeden z najbliższych i najważniejszych przyjaciół, mocno mu w tym pomoże.

Mam wrażenie, że część trzecia i następna są chyba najbardziej komercyjnymi. Osadzeni  nich są znani i lubiani aktorzy, którzy fajnie uzupełniają fabułę, w której przecież do tej pory zawsze rządził Sylvester Stallone. Tu najpierw pojawia się Hulk Hogan w roli jednego z przeciwników Rocky’ego, z którym stacza dość komiczny, „wrestlingowy” pojedynek, a potem pierwsze skrzypce gra Mr. T. Jego postać jest strasznie krnąbrna, bardzo pyskata i szlag go trafia, kiedy widzi jak łatwo przychodzą Balboa kolejne zwycięstwa. To jeden z tych bohaterów, przez którego podświadomie zaczynamy kibicować temu drugiemu.

Jaką naukę możemy wynieść po obejrzeniu trzeciej części przygód słynnego pięściarza? Bo przecież to, że nie należy się poddawać – NIGDY – już wiemy. Tym razem chodzi o to, że czasami potrzebujemy kogoś, kto nam pomoże w walce. W walce o sukces, o zwycięstwo, w walce o siebie.