ON:

Koniec lat 90-tych. Miałem jakieś 17 wiosen, a w moim domu pojawił się pierwszy PC. 486 DX-2 66Mhz. 4GB ram, karta S-VGA, do tego 420MB dysku twardego i kolorowy monitor. Maszyna kosmos, maszyna dająca mi szansę zwiedzenia światów, które do tej pory oglądałem w salonach z automatami. Na dysku dość szybko pojawiły się pierwsze gry, a na półkach pudełka z oryginałami. „UFO: ENEMY UNKNOWN”, „SABRE TEAM”, „FLASHBACK”. Pewnego dnia kumpel ze szkoły przyniósł do mnie dwa wielkie boxy, które przysłał mu ojciec z UK. Jedno zawierało grę „CYBERIA”, a drugie „SANITARIUM”. Obie na płytach CD, co było swego rodzaju rzadkością, jeśli porównać je do 2-3 dyskietkowych produkcji. Zaczęła się nowa era grania, era interaktywnych filmów i przygód na większą skalę.
Minęło trochę czasu, podszlifowałem swój angielski i mogłem wreszcie zabrać się za odpalanie „filmowych” produkcji. Na pierwszy strzał poszło wspomniane „SANITARIUM”. Ponieważ byłem na etapie fascynacji Kingiem, wspomniana gra idealnie wpasowywała się w klimaty pisarza grozy. Właściwie Kinga kocham bezustannie, więc ten „etap” trwa nadal. Gdy włożyłem CD do napędu, musiałem najpierw przedrzeć się przez instalator, następnie dokonfigurować kilka drobiazgów i mogłem oddać się grze.

Krótkie intro wprowadza nas w dziwaczną historię, z którą przyjdzie nam się zmierzyć. Jest ono oszczędne i nie pokazuje za wiele. Najważniejsze jest jego zakończenie, po którym zaczynamy grę. Budzimy się bowiem w dziwnym szpitalu dla obłąkanych. Nie byłoby w tym nic ekstremalnego gdyby nie to, że nie ma tutaj żadnych sanitariuszy, a lokal, w którym przybytek się znajduje, nie ma za wiele wspólnego ze znanymi nam szpitalami. Kolejną rzeczą, która zwróci naszą uwagę jest to, iż mamy zabandażowaną twarz. Coś się musiało wydarzyć, coś co spowodowało, iż nasza głowa wygląda jak część mumii. Ale co? No właśnie, dość szybko nasz „bezimienny” bohater zdaje sobie sprawę z tego, że nie za wiele pamięta i będzie starał się odnaleźć swoją osobę, a także dojść do tego jaka była przyczyna wszystkich wydarzeń.

Epizod w szpitalu jest krótki i można powiedzieć, że to dopiero preludium do historii. W dość niespodziewany sposób przeniesiemy się do miasteczka, które zamieszkiwane jest przez dzieci, ale podobno sprawuje nad nimi opiekę „Matka”. Tutaj atmosfera zaczyna gęstnieć. Po pierwsze – wszystko jest coraz to bardziej „chore”, po drugie – atmosfera przypomina czasem kultowe „W paszczy szaleństwa”. Grając w „SANITARIUM” mamy wrażenie, że ktoś wsadził do jednego gara Kinga, Mastertona, Barkera i innych klasyków, dodał do tego kilka tabletek LSD, zagotował, a potem podał nam do degustacji. Chore światy, chore wizje, a wszystko przesiąknięte krwią i goryczą.

Tytuł jest typowa przygodówką point-and-click, widzianą z rzutu izomerycznego. Grafika jak na ówczesne realia była bardzo ładna, klimatyczna i potrafiła sprawić, że bardzo łatwo wczuwaliśmy się w nastrój grozy. Wszystkie elementy tego tytułu czyli grafika, dźwięk i scenariusz wpływały na grywalność. Gdy tylko oderwaliśmy się od komputera, znów chcieliśmy więcej, byliśmy ciekawi jak zakończy się przygoda naszego bohatera, a nie ukrywam końcówka może być dla gracza niezłym zaskoczeniem. Dlatego jeśli chcecie zagrać w „SANITARIUM” unikajcie wszelakich spojlerów bowiem zabiją one grę.

Jeśli macie ochotę zagrać w „SANITARIUM”, to tytuł można kupić za kilka dolarów na platformie gog.com

Wpis ukazał się gościnnie na portalu playingdaily.pl