ONA:

Z nieukrywaną satysfakcją muszę przyznać, że tydzień z twórczością Scottów sprawił mi ogromną radość. Filmy obu panów są przykładami na dobrze, bardzo dobrze i rewelacyjnie zrealizowane projekty, które uwodzą na ogół świetnymi fabułami, a pod względem technicznym, reżyserskim i montażowym – to klasa sama w sobie. I trzeba przyznać, że gdy Scottowie dodają… właściwie dodawali, coś od siebie do kolejnych projektów, wychodziło to filmom tylko na dobre. Moim zdaniem tragiczna śmierć Tony’ego zamknęła pewien rozdział w kinematografii. Może komuś kiedyś uda się wypełnić tę lukę, ale póki co – pomiędzy Ridleyem a Michaelem Bayem jest bolesna pustka.

 Ostatni film, na który się zdecydowaliśmy, został stworzony przez Ridleya. „W sieci kłamstw” powstało gdzieś między „American Gangster” a „Prometeuszem”. I jest to dzieło bardzo, bardzo, bardzo fajne. Oczywiście, takich politycznych ignorantów jak ja fabuły tego typu doprowadzają do szaleństwa, bo nie rozróżniam tych nacji wcale. Nie wiem którzy są dobrzy, którzy źli, którzy się wysadzają w imię ruchania w zaświatach, którzy śpią na ropie, i u których nie można pić wody z kranu, bo jest szansa na „przesraną” śmierć. Ja mam pewien pomysł jak skutecznie uporać się z każdym fanatycznym problemem, ale nie powinnam się nim dzielić z nikim. W każdym razie w którymś z tych „newralgicznych”, bliskowschodnich państw stacjonuje młody agent Roger Ferris (Leonardo DiCaprio), który zajmuje się pewną problemową sprawą. Chodzi o to, że znowu jakaś banda debili postanowiła wysadzić się w imię bujd przeczytanych w książce sci-fi, ale to nie wszystko, bo ci, którzy nimi dowodzili, planują kolejne zamachy. Oczywiście, nie może być zbyt prosto. Uchwycenie takiego miglanca wcale nie jest takie proste. Do tego dochodzi brzuchaty przełożony (Russel Crowe), który z poziomu biurka w cywilizowanym kraju wydaje rozkazy i pilnuje wszystkiego, popijając kolejną wzmocnioną kawę i jedząc hambacza. No i nie zapominajmy o tym, że dla Jankesa, jakim on by nie był, życie na Bliskim Wschodzie nie jest zbyt łatwe. Wszyscy na ciebie patrzą jak na zbrodniarza, tamtejsze kobiety są trudne, piasek masz wszędzie i jesz tylko kuskus. Różnice kulturowe, ale też i moralne, są gargantuiczne (kocham używać tego określenia). Ferris zdecydował się podziałać trochę inaczej, niekonwencjonalnie, ale nie zdradzę, czy wyszło mu to dobrze, czy przekombinował. Dodam za to, że film trzyma za mordę do samego końca. Przecież to Ridley Scott.

Oczywiście, z fabuły wylewa się patos. Od momentu, kiedy wojna amerykańsko-tamtejsza rzuciła się na usta wszystkich, chyba każdy reżyser wziął sobie do serca moralizatorstwo i chęć wspierania rodaków, kręcąc kolejne, nie różniące się zbytnio od siebie, produkcje. Na polskim rynku jest zupełnie tak samo, ale u nas ta „fala” trwa kolejną dekadę, a w przypadku „Fabryki słów” – temat powoli dogorywa. Niemniej nie można tej produkcji zarzucić „nudności”. Fajnie się to oglądało, poważnie. Leo i Russel dali radę, a Ridley z kamerą potrafi zrobić wszystko, żeby tylko usatysfakcjonować odbiorcę. Cechą charakterystyczną jego produkcji jest genialny montaż, zupełnie nie do podrobienia. To fajna propozycja dla fanów kina szpiegowskiego i nie będą oni zawiedzeni. Pomysł ciekawy, fabuła elektryzuje i zachwyca dynamizmem. Dodatki w postaci muzyki czy scenografii dodają smaczku.

ON:

Na zakończenie tygodnia z filmami braci Scott wybraliśmy „W sieci kłamstw”, czyli kino mocne, brutalne i bardzo na czasie. Nie ukrywam, że zależało mi na tym seansie, ponieważ bardzo lubię tego rodzaju dzieła. Uwielbiam filmy „szpiegowskie” oraz pokazujące wszystkie Spec OPS i walkę z międzynarodowym terroryzmem. Podczas dzisiejszego seansu miałem ochotę po raz kolejny „odpalić” „Medal Of Honor: Warfighter” i wraz z „Preacherem” odwiedzić Bliski Wschód.

Ridley Scott jest reżyserem, który niezależnie jaką historie opowie, zrobi to w wyjątkowy sposób. Możemy być pewni, że klimat który wręcz wylewa się z ekranu, będzie idealnie dopasowany do opowieści. Tak jest i tym razem. Suche pustynne powietrze, brudni autochtoni, sprzęt wysokiej klasy i szpiegostwo to elementy, z których upichcono wyjątkowe kino z DiCaprio i Crowe w rolach głównych.

Film zaczyna się sceną z akcji brytyjskiego oddziału specjalnego – akcji, która kończy się potężną eksplozją i dziesiątkami ofiar. Za wybuchem stoi kolejne walczące „w słusznej sprawie” zgrupowanie. Zaczyna się poszukiwanie sprawców. Aby do nich dotrzeć musimy przenieść się na bliski wschód, skąd prawdopodobnie pochodzą terroryści. Kolejna ważna scena to przesłuchanie. Tutaj obraz jest niestabilny, nieostry, rozproszony, dopiero po chwili zdamy sobie sprawę z tego, że jest to koszmar senny, ale jego podłożem musiało być prawdziwe zdarzenie z niedalekiej przeszłości. Tak poznajemy Rogera Ferrisa, faceta pracującego dla rządu. Ferris to człowiek działający w terenie, zawsze jest w centrum wydarzeń. Jeśli coś się dzieje, on musi tam być. Dobrze wyszkolony, po wielu akcjach, które często kończyły się spektakularnym sukcesem, idealnie nadaje się do tej roboty. Jego partnerem, a także przełożonym jest Ed Hoffman. To tym faceta pracującego zza pola bitwy. On wydaje rozkazy, koordynuje akcje z biura służb specjalnych. Problemem jest to, że obaj panowie zupełnie inaczej widzą służbę i wykonywanie rozkazów. W terenie trzeba improwizować, a „góra” nie zawsze zdaje sobie sprawę z tego jak to jest, gdy przywiązany do krzesła czekasz na egzekucję.

Jeśli chodzi o fabułę nie ma sensu jej opisywanie. Dlaczego? Bowiem film trzeba obejrzeć ze skupieniem, wyłapać nazwiska i kolejne postacie, które zamieszane są w ataki terrorystyczne. Ferris idzie krok za krokiem, zbiera okruchy informacji, a za sobą zostawia kolejne ciała.

„W sieci kłamstw” jest dziełem brutalnym. Trup ściele się tutaj gęsto i nie ma żadnych upiększeń. Innowierca zawsze będzie wrogiem, którego trzeba wykończyć, fanatyzm jest chorobą, której nie da się wyleczyć, a przecież wszystkie boże stworzenia mają taki sam kolor krwi, niezależnie jakiego jesteśmy wyznania. Scott nie ocenia stron konfliktu, ale daje do zrozumienia, że na tej wojnie nie ma wygranych i przegranych. Bowiem za zło dopłacamy złem, na które znów ktoś odpłaci złem. W ten sposób stajemy się niewolnikami, zakładnikami własnej wojny, która nigdy się nie skończy.

Dla mnie bardzo dobre, mocne i klimatyczne kino. Polecam.