ONA:
Moja recenzja powinna być krótka i zwięzła: „Zapach kobiety” to film wyjątkowy i śmiem twierdzić, że jest pozycją obowiązkową dla wszystkich facetów. Koniec, kropka.
Charlie Simms (Chris O’Donnell) jest lekko opryszczonym nastolatkiem, który uczy się w wyjątkowej szkole dla bogaczy (on sam ma stypendium, a nie nazwisko i wypełnione po brzegi konto). Jest zupełnie zwykły. Nie ma wyjątkowej urody, nie ma kasy, za to ma kilku znajomych z górnej półki, ale co mu po tym, jak i tak nie stać go by z nimi balować. Podczas gdy cała ekipa wybiera się na narty, by tam spędzić Święto Dziękczynienia, Charlie szuka dorywczej pracy. Na tablicy ogłoszeń znajduje informacje, że owszem – ktoś poszukuje pracownika na okres świąteczny. Zadanie ma polegać na opiece nad osobą niepełnosprawną. Charlie jedzie więc pod wskazany adres i tam poznaje byłego wojskowego, aktualnie niewidomego i wkurzonego na cały świat Franka (Al Pacino). Ich pierwsze spotkanie należy do grona cierpko-gorzkich. Dlaczego? Frank jest po prostu wredny, pastwi się na nieopierzonym kurczaku, kpi z niego i mimo, że zupełnie go nie widzi, potrafi totalnie go rozszyfrować. Okazuje się, że Charlie jest jedyną osobą, która zgłosiła się do tej pracy, a skoro najbliższa rodzina Franka planuje wyjechać, no to młody dostaje tę robotę. I gdy tylko najbliżsi wojskowego znikają z podjazdu, ten zarządza: „Jedziemy do Nowego Jorku!”
Panowie zaczynają się „zaprzyjaźniać”, to znaczy Frank powoli akceptuje obecność młodego, nieco mniej mu dogryzając i właściwie sam wyszedł z propozycją, że go „wyszkoli” z życia. Ten wspólny czas, który spędzą w Nowym Jorku będzie prawdziwym poligonem emocji i różnych wydarzeń…
Film w reżyserii Martina Bresta, ze scenariuszem Bo Goldmana wygląda bardzo niepozornie. Ot, nieco ckliwa, bardzo patetyczna historia o dwóch mężczyznach, których dzieli wszystko, a łączy jedynie to, że oboje posiadają penisa. Ale z każdą minutą okazuje się, że bohaterów „coś” chce scalić. I wyglądana na to, że jest to przyjaźń. Frank jest bezkompromisowym facetem, który (trochę na własne życzenie) stracił wzrok. Wraz z tym zmysłem stracił wszystko to, co cenił, co było dla niego ważne. No i stał się nieudaczny, on po prostu potrzebuje osoby, która będzie się nim opiekować, bo o ile w swoim domu radzi sobie świetnie, tak w dużym mieście już nie. Razem z utratą wzroku w niepamięć poszło obserwowanie świata, ludzi (szczególnie kobiet), cieszenie się drobnostkami. Teraz w nim drzemie tylko złość i gorycz. Charlie z kolei jest naiwny. Bierze na swoje barki zło całego świata, łatwo się nim manipuluje. Przypadkiem wplątuje się w kiepską sprawę w swojej szkole, a że nie ma pleców, w postaci wpływowej i bogatej rodziny, wisi nad nim wydalenie ze szkoły (lub nakablowanie na kolegów). Frank ma jaja, nie ma skrupułów. Charlie zupełnie odwrotnie. Jeden z nich dopiero wchodzi w życie, drugi z kolei ma go już serdecznie dosyć. Życie – właśnie o nim jest ten film.
Scenariusz jest rewelacyjny. Pan Goodman udowodnił, że ma smykałkę do tworzenia świetnych historii, zarówno adaptowanych („Lot nad kukułczym gniazdem”) czy oryginalnych („Melvin i Howard”). Jest też przepięknie nagrany. Widzimy pastelowe kolory, za woalką z lekkiego dymu i rozmycia. Nowy Jork wygląda zachwycająco, a bohaterowie są prawdziwi w swoim dramatyzmie. Chris O’Donnell zaskakuje swoją niewinnością, która powoli zmieniała się w stanowczość. Al Pacino to genialny aktor – pokazał to wielokrotnie. Frank w jego ciele to facet, który pełnymi garściami czerpał z życia. Drwił z niego, ale i zachwycał się nim. Był nieobliczalny i bezkompromisowy: żonglował granatami i uwodził kobiety za pomocą kilku słów i tanga. Po utracie wzroku próbował cieszyć się tym, że jeszcze chodzi po świecie, ale z każdym dniem coraz bardziej go to męczyło. Za pomocą zapachów, czy dźwięków próbował malować rzeczywistość. Ale już nic nigdy nie będzie takie samo. Charlie z kolei to totalny życiowy żółtodziób. Nie miał łatwo, pracował mocno by znaleźć się w prestiżowej szkole, ale co dalej? Czy starczy mu siły, by walczyć o dobre i godne miejsce na społecznej drabinie?
Ostatnia scena kipi patosem, typowym dla amerykańskiego kina, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Ona tam musi być, by pokazać, że film ma pozytywny, mobilizujący wydźwięk. Ta historia o męskiej przyjaźni uczy i wzrusza, daje do myślenia.
ON:
Po wczorajszym seansie „Zapachu kobiety” jednogłośnie stwierdziliśmy z Pauliną, że teraz już nie robi się takich filmów. Dramaty nie są moim ulubionym gatunkiem, ale jest kilka dzieł, które zawsze będą wywierały na mnie wrażenie. „Stowarzyszenie umarłych poetów”, „Truman Show”, „Wielki błękit”, „Gattaca” – to obrazy piękne i bardzo wyjątkowe, dodatkowo pojawiły się w moim życiu w ważnych dla mnie momentach i przez to pozostały w mojej pamięci.
„Zapach kobiety” to kino dwóch aktorów – wyróżnionego Oscarem Pacino oraz dużo słabszego Chrisa O’Donnella. Młody chłopak nie mógł nawet próbować doścignąć mistrzowskiego Ala, bo ten po prostu udźwigał całą historię na swoich barkach. To właśnie jego monologi spowodowały, że całość ogląda się z wyjątkowym „napięciem” i oczekiwaniem na kolejne sceny. Charlie Simms (O’Donnell) to zdolny nastolatek pochodzący z biednej rodziny. Dzięki swoim osiągnięciom otrzymał stypendium, które pozwoliło mu na naukę w prestiżowej uczelni – Braid. Tutaj uczęszczają dzieciaki najbogatszych w Stanach, rozwydrzone i pyszałkowate kmioty, których starzy wykładają ciężką kasę, aby ich pierworodni otrzymali wykształcenie godne „głowy państwa”. Simms nie pasuje do tego grona, jest inny niż reszta tej zgrai. Gdy „kumple” na Święto Dziękczynienia jadą na narty, on musi szukać dodatkowej pracy, aby móc wrócić na święta do domu. Na szkolnej tablicy ogłoszeń znajduje informację, że ktoś szuka osoby do opieki nad niepełnosprawnym mężczyzną. Ponieważ nie ma wielkiego wyboru, jedzie pod wskazany adres, aby dowiedzieć się czegoś więcej na temat oferty. Na miejscu okazuje się, że chodzi o przypilnowanie przez kilka dni emerytowanego oficera Franka Slade’a (Pacino). Facet nie należy do najmilszych osób jakie stąpają po ziemi. Jest niewidomy, stracił wzrok podczas „wypadku” z granatem. Po tym zdarzeniu stał się zgorzkniały i zły na cały świat. Dzień zaczyna od szklaneczki „Jacka”, później przesiaduje na fotelu pijąc whiskacza i paląc kolejne cygara. Pierwsze spotkanie Simmsa z Frankiem nie należy do bardzo udanych. Każdy normalny osobnik wypiąłby się na kalekę i olał 300$ jakie można zarobić. Niestety, chłopak jest przyparty do ściany, bez tej kasy nie dotrze do rodziców. W ten oto sposób staje się „opiekunką” byłego żołnierza. Zanim jednak zacznie prace, stanie się jeszcze jedna bardzo istotna rzecz. Podczas wieczornego powrotu z uczelni, chłopak wraz ze szkolnym „kumplem” są świadkiem aktu wandalizmu, którego finał będzie miał miejsce następnego dnia. Tak się dzieje, że natrafia na nich jedna ze szkolnych nauczycielek i to na nich pada podejrzenie, a dokładniej obowiązek wydania wandali. Charlie trzyma język za zębami, ale jego postawa może doprowadzić do wyrzucenia go z uczelni. To właśnie jego krzyż, ciężar, który będzie musiał nieść przez następne dni. Gdyby tego było mało, pierwszy dzień w pracy nie zapowiada się wyjątkowo dobrze, gdyż okazuje się, że Frank ma swoje zupełnie inne plany niż się zapowiadało. Zakupił już dwa bilety do Nowego Yorku, zarezerwował pokój w Astorii, a później ma zamiar spędzić kilka najlepszych dni swojego marnego żywota i na koniec palnąć sobie w łeb. Pomimo tego, że nie podoba się to opiekunowi, godzi się na tą podróż, która staje się jego drogą w dorosłość. Slade potrafi zajść za skórę, ale także przekazuje młodemu wiele „życiowych prawd i zasad”, które napędzają cały świat. Trochę naiwny dzieciak staje się powiernikiem jego tajemnic, łez, marzeń i fobii. Sam też dzieli się swoimi problemami. Więź, która się między nimi tworzy, jest wyjątkowa i sprawia, że obaj panowie się przechodzą wewnętrzną przemianę.
Film jest urzekający, Al Pacino ma swoje „pięć minut”, które wykorzystał w sposób fenomenalny. Podobną „monologową” skalę osiągną w „Adwokacie Diabła”, podczas ostatniej przemowy. Jest przejmujący, prawdziwy, jego „kaleka” to człowiek odrzucony przez wszystkich, który nie potrafi sobie poradzić z własnymi słabościami. Co tu wiele mówić – „Zapach kobiety” to wyjątkowy obraz, którego grzechem jest choć raz nie zobaczyć.
