ONA:

Cichą noc przerywa wyłącznie rytmiczne chrapanie na zmianę moich włochaczy. No i uderzanie w klawiaturę… Zamiast spać, wolę pisać. Chociaż właściwie, nie ma o czym, bo kolejny film z cyklu „śmiesznostek z lat 80tych” okazał się wybitnie słabym szitem…

„Nic nie widziałem, nic nie słyszałem” jest komedią z samej końcówki epoki kiczu, dziwnych fryzur i poduszek wszytych w marynarki. Arthur Hiller, człowiek, który doprowadził miliony ludzi do płaczu, tworząc „Love story”, postanowił odpokutować te wszystkie litry łez, tworząc lekką komedię o dwóch niepełnosprawnych kolesiach, którzy wpadli w mega tarapaty. Wally (Richard Pryor) nie widzi, a Dave (Gene Wilder) nie słyszy, ale umie czytać z ruchu ust. Ich losy w pewnym momencie się krzyżują i w zasadzie mogłoby to być całkiem fajną i zabawną historią, szczególnie, że lata 80-te nie były jeszcze naznaczone „poprawnością polityczną”, ale niestety – wyszło słabo i nudno. Nużąco wręcz. Co się dziwić biednemu Dawidowi, który w połowie seansu zaczął przysypiać na siedząco, a nasza znudzona psina wolała pójść do swojego koszyka, by tam ostentacyjnie położyć łapy na mordce i spać… Zostałam na polu walki sama. Tak czy owak, Wally i Dave byli w złym miejscu, o niewłaściwym czasie. Podczas typowego dnia w pracy, w ich sklepie pojawił się dziwny koleś, który po chwili był już martwy. Dave zauważył nogi zabójczyni, a Wally jej głos. Tylko co z tego, jak w opinii policji takie zeznania są nie warte niczego. Panowie zostają aresztowani i są oskarżeni o morderstwo. Jednocześnie na ich losy czyhają zabójcy, w obawie, że ta jakże nietypowa dwójka, ich wrobi.

I tak przez cały film. Albo panowie mają na karku policjantów, albo gangsterów. Po drodze przytrafiają się im przeróżne przygody (są też cycki), niektóre nawet trochę śmieszą, ale całość jest tragicznie męczącą leguminą. Oczywiście, film ma też ukryte drugie dno, które mówi o podniosłych sprawach, podnosi również temat niepełnosprawności i tego w jaki sposób ludzie dotknięci fizycznym problemem funkcjonują w tętniącym środowisku. W finale mamy morał, który chyba powinien dawać do myślenia, ale podejrzewam, że mało kto do tego miejsca dotrwa.

Gniotek. Nawet nie na nudny wieczór. Jest wiele ciekawszych zajęć, które można robić zamiast oglądania tej produkcji.

ON:

Szukając kolejnych komedii z lat 80-tych, trafiliśmy w sieci na jakieś zestawienie, w którym znajdowało się kilka ciekawych filmów. Niestety, co lista to inne dzieła, bo wiadomo gusta oglądających są różne. Cholera jasna, kto wsadza pomiędzy perły, wieprze takie jak „Blus Brothers”. Na jednej z takich list znalazła się także komedia kryminalna pt. „Nic nie widziałem, nic nie słyszałem.

Chciałbym napisać coś dobrego o tym filmie, ale niestety, zdrowy rozsądek mi na to nie pozwala. To dzieło końca lat 80-tych i pomimo dobrych chęci reżyserów, scenarzystów (a było ich pięciu) i aktorów (w tym Kevinowi Spacey), nie udało się zrobić nic, co spowodowałoby, że zostanie ono na długo w naszej pamięci. Jest po prostu bardzo przeciętnie i nijako, a najlepsze, co w tym filmie się pojawia, to nagi biust Joan Severance. Pomysł był całkiem dobry: dwóch mężczyzn, jeden biały – głuchy (Dave), a drugi czarny – ślepy (Wally), przypadkowo jest „świadkami” morderstwa. To znaczy jeden widział tylko nogi zabójczyni, a drugi słyszał wystrzał i dobrze pamięta zapach jej perfum. Tyle, że policja na miejscu zdarzenia znajduje tylko te dwie sieroty, nie potrafiące sobie poradzić z tym, co ich spotkało. Panowie zostają aresztowani i przez przypadek wchodzą w posiadanie monety, za którą zginął zamordowany mężczyzna. Zabójcy starają się wyciągnąć Dave’a i Wally’ego z więzienia, odzyskać monetę i wykończyć niepotrzebnych świadków. Jest słabo i bez polotu. Nie ma tu za wiele dowcipu słownego, ani sytuacyjnego przez co  jest nudno. Rozumiem, że byłem zmęczony po całym ciężkim tygodniu, ale o 22:30 historia tak mnie zmęczyła, że padłem jak zabity.

Czasy się zmieniły, kino także. To, co mogło być śmieszne 20 lat temu, nie musi bawić dziś, a „Nic nie widziałem, nic nie słyszałem” jest tego najlepszym przykładem. Możliwe, że kiedyś dawno temu śmiałem się śledząc przygody dwójki mężczyzn, ale wczoraj tak nie było. Uważam, że to strata ponad 90 minut z mojego życia.