ONA:

Ostatnim filmem, który obejrzeliśmy w ramach festiwalu „Kino na granicy”, był „Fotograf” Waldemara Krzystka. Moje oczekiwania względem tej produkcji były gigantyczne. Sensacja, thriller, morderca, ciężki rosyjski klimat – to wszystko brzmi dobrze. I nie, nie jest tak, że się zawiodłam, bo film był ciekawy, ale mam jedno „ale” – bardzo przeciętnie się skończył. Naprawdę łudziłam się, że finał tej historii będzie w stylu „Siedem”. Próbowałam nawet rozszyfrować fabułę, a ona po prostu powiodła mnie na manowce, ale te bardzo przeciętne i nudne.

Natasza to młoda, rosyjska policjantka, która została przydzielona do morderstwa. Tym, który zabił, najprawdopodobniej jest „Fotograf”, którego od lat próbują dopaść, a który ciągle jest nieuchwytny. Nazywają go „Fotografem”, bowiem wokół swoich ofiar ustawia tabliczki z numerkami, tak jak to robią policyjni fotograficy, chcąc oznaczyć dowody… Co się okazuje: Natasza była jedyną osobą, która z nim rozmawiała i która przeżyła. Oczywiście ona nie miała pojęcia kim on jest. Teraz za to jest pełnoprawnym elementem śledztwa. Szkoda tylko, że nie od razu dowiaduje się o wszystkim… Sprawa ciągnie się od lat i sięga jeszcze do czasów poprzedniego ustroju… I wreszcie pojawiają się pierwsze tropy, wiodące wprost do rodziny Sokołow… Zarówno on, jak i ona byli członkami Armii Czerwonej. Tylko ich syn był dziwny… Kola nie mówił swoim głosem… Razem z bohaterami tego filmu odkrywamy kolejne karty, poznajemy kolejne wątki i kolejnych bohaterów. Wreszcie sprawa trafia również do Polski, gdzie Kola szukał swoich bliskich… Atmosfera gęstnieje, a Ty, siedzisz coraz bardziej spięty i zastanawiasz się co scenarzysta wymyślił i jak bardzo Cię zaskoczy.

Niestety, nie zaskakuje. Atmosfera siada nagle i niespodziewanie, i już aż do samego końca będzie po prostu smętna. A ja tak bardzo miałam ochotę obejrzeć dobrą sensację, po tych kilku dziwnych obyczajach o dupie Maryni…

Panie Krzystek, zabrakło pomysłu na finisz, zabrakło ikry i płomienia, zabrakło sensacyjnej petardy. Trochę bardziej odważne wybory i zakończenie, a widzowie sikaliby w majtki z radości, że mamy wreszcie dobre, sensacyjne polskie kino. Tymczasem – rozczarowanie, ale nie wynikające z tego, że film jest zły, a z tego, że jest zwykły.

A, i on jest bardzo mało „polski”. Poza polskim twórcą, mamy tu dosłownie minuty, kiedy na ekranie są polscy aktorzy. Ale to nie wada.

ON:

„Fotograf” był ostatnim filmem, który obejrzeliśmy na tegorocznym festiwalu w Cieszynie. Niestety, po raz kolejny niezły pomysł został zupełnie zniszczony przez przekombinowany scenariusz, wielowątkowość i grę niektórych aktorów. Czasami wydawało mi się, że „Teatr telewizji” był bardziej filmowy od tej opowieści. Reżyser Waldemar Krzystek sam zgubił się wśród swoich postaci, które są papierowe i płaskie. Nie rozumiemy co kieruje ich poczynaniami i dlaczego wybierają taką, a nie inną drogę. Trochę szkoda.

Rzecz się dzieje we współczesnej Moskwie, a po jakimś czasie przenosi się do Legnicy. Historia, którą przyjdzie nam śledzić, swoje początki miała wiele lat wcześniej. To okres, kiedy rosyjskie wojska stacjonowały zaraz za grubym murem, blisko naszych domów.

W Moskwie przyjdzie poznać nam Nataszę, młodą policjantkę, która całkiem przypadkowo wchodzi w drogę seryjnemu mordercy o pseudonimie Fotograf. Ponieważ jest jedyną osobą, która spotkanie to przeżyła, bardzo szybko interesuje się nią niejaki major Lebiadkin, który włącza ją do ekipy polującej na świra. Fotografa poznać można między innymi po wyglądzie ciała i po miejscu zbrodni. Każda zabita przez niego osoba ułożona jest wśród kartoników z cyferkami, takich samych, jakie rozstawiają policyjni śledczy. Wspólnymi siłami Natasza i jej koledzy łączą kolejne elementy układanki i cofają się do 1970 roku. To wtedy w Legnicy wydarzyły się rzeczy, o których wielu chciałoby zapomnieć.

Waldemar Krzystek chciał stworzyć postać psychopaty siejącego grozę, a dał nam prześmiesznego ludzika, który sam dobrze nie wie dlaczego zabija kolejne osoby. Zagmatwane to jest niesamowicie. Gdy trafiamy już do Legnicy, to zaczyna się bezsensowna pogoń za zabójcą, a sceny z polskim detektywem są wręcz żałosne.

Dzieło to zawodzi na całej linii. Gdy już myślimy, że dochodzimy do końca, znów otwierają się drzwi retrospekcji i pojawia się wątek totalnie z dupy. Wszechobecna nijakość to coś, co najłatwiej można powiedzieć o tym tym filmie. To dwie godziny wyzute zupełnie z emocji, którymi ten obraz powinien być przepełniony. Szkoda, bo zapowiadało się dobrze.