ONA:

David Zucker to koleś, którego kariera błysnęła jak Supernova w latach 80-tych za sprawą filmu, który wykpił wszystko i wszystkich, czyli „Czy leci z nami pilot?”. Pan Zucker nie tylko stawał za kamerą, ale również maczał palce w scenariuszu i produkował swoje dzieła. I właściwie, wszystkie jego filmy (które do tej pory obejrzałam) bazują na tym samym sznycie: są totalnie abstrakcyjne, absurdalne i prześmiewczo śmieszne. Okej, w jego résumé są nie tylko durne komedie, ale jak ktoś stworzył „Nagą broń” czy jakieś tam „Scary movie”, to wszystko inne – paradoksalnie – wydaje się totalnie błahe. Dziś znowu rozprawiamy się z tym twórcom, w jednej z jego pierwszych produkcji. Dziś „Ściśle tajne”.

Ani Dawid, ani ja wcześniej tego filmu nie widzieliśmy. A potem, w miarę oglądania, okazało się, że co prawda nie znaliśmy całej historii, ale niektóre sceny były wręcz kultowe. No to lecimy z tym koksem! Nick Rivers (młody i szczupły Val Kilmer) jest popularnym, amerykańskim piosenkarzem, który został zaproszony do NRD, by wystąpić tam na festiwalu. Naturalnie, z miejsca wplątuje się w niebezpieczną grę z kobietą i potencjalną wojną w tle. Wszystko oczywiście jest ze sobą powiązane. Hillary, która jest typową pięknością z lat 80-tych, skupia jego uwagę. Co się okazuje, jej ojciec został porwany przez niemiecką armię i zmuszony do stworzenia jakieś dziwnej broni masowego rażenia, dzięki której najpierw podbiją RFN, a potem… kto wie. Wszyscy wiemy, że jeśli chodzi o sprawy wojenne, to pewni przedstawiciele tej narodowości są bardzo kreatywni i twórczy. Bez nazwisk. Oczywiście zasada jest prosta: jeśli chcesz zachwycić sobą jakąś pannę, to albo śpiewaj, albo próbuj uratować jej bliskiego. W tym wypadku mamy oba warunki spełnione. Nick zyskuje przychylność zarówno panny Hillary, jak i całego „ruchu oporu”, do którego dołącza i u boku którego walczy w różne, przedziwne sposoby.

Pónbóczku, ten film jest tak strasznie piźnięty, że aż nie sposób nie parskać śmiechem i rżeć do utraty tchu! Mamy tu trochę sytuacji typu „Allo, allo”, trochę absolutnej abstrakcji, z lekką domieszką kpienia z kina wojennego i sensacyjnego. Ba, scenarzyści nabijają się z całej ich rodzimej kinematografii! Mamy tu humor typowy dla tych twórców, podobnież jak i wykonanie i co prawda ciężko mówić tu o jakimś wybitnym dziele pod tym względem, bo jest tu szereg dziwnych i głupich błędów, ale absolutnie nie wypływa to na jakość i „komfort” oglądania. Dawid w kilku momentach tak zanosił się od śmiechu, że zastanawiałam się czy to jeszcze rżenie, czy już atak astmy.

Dla mnie Zucker i jego świta stali na tym samym poziomie co chłopaki z Monty Python, czy Mel Brooks, ale spadli w jakąś gnuśną otchłań. Nie umiem w to uwierzyć, że ci sami twórcy biorą się teraz za takie tragedie, jak kolejne, coraz gorsze części „Strasznego filmu”.

Psyt. Z ciekawostek. Val Kilmer sam śpiewał wszystkie utwory, zawarte w tym filmie i co lepsze – wydał płytę pod pseudonimem Nick Rivers.

ON:

Dziś mamy ostatni, siódmy dzień z komediami lat 80-tych. Trochę mieliśmy problem z wybraniem finałowego filmu, ale pogrzebaliśmy w sieci i doszliśmy do porozumienia. Będziemy oglądać „Top Secret!” – komedię, jaka wyszła spod skrzydeł braci Zuckerów. To Ci sami panowie, którzy stoją między innymi za „Czy leci z nami pilot”.

Jeśli pamiętacie tamtą komedię i dobrze znacie „Nagą broń”, to wiecie już, czego możecie się spodziewać. To kolejny pełen głupich dowcipów oraz gagów film, mający zapewnić nam półtorej godziny bólu brzucha. Ból ten spowodowany będzie nie niestrawnością, ale śmiechem. Będzie tutaj trochę inaczej niż w obrazie o katastrofie samolotu, bo i historia jest inna, ale nadal bardzo smacznie. Wszystko dzieje się we Wschodnich Niemczech, gdzie pewien wojskowy chce wybudować magnetyczną bombę, zaatakować sąsiadów i rozpocząć nową apokalipsę. Aby odwrócić uwagę od tego niecnego planu, postanawia zorganizować festiwal kulturalny, w którym wystąpi gwiazda muzyki z USA. Tym „KIMŚ” jest nikt inny, jak Nick Rivers (Val Kilmer). Facet nawet nie wie, że wplącze się o niebezpieczną szpiegowską aferę, gdzie będą trupy, sex z pięknymi kobietami, śpiew, strzelaniny, pościgi i masa debilnego humoru. Okazuje się bowiem, że dziewczyna, której przypadkowo pomaga, jest córką naukowca więzionego przez Niemców – to on buduje dla nich wspomnianą już bombę. Nie robiłby tego, ale groźba zabicia jego latorośli przekonuje go do zmiany zdania. Nick wraz dziewczyną i z pomocą lokalnego ruchu oporu starają się pokrzyżować niemieckie plany. Nie ukrywam, że sposób w jaki to robią przechodzi ludzkie pojęcie.

Całość ogląda się całkiem dobrze, pomimo tego, że film jest nierówny. Są momenty podczas, których płakałem ze śmiechu, ale zdarzają się chwilę kiedy na ekranie nie dzieje się nic, a humor był bardzo wymuszony. Dodatkowo rozbraja mnie postać Cedrica granego przez Omara Sharifa. Dla mnie ten aktor jest zupełnie nijaki i nie rozumiem fascynacji nad jego osobą. Tu gra takiego agenta, którego cały czas klepią po tyłku, a koniec końców ląduje w sprasowanym samochodzie. Ta komedyjka nie wymaga wyjątkowych umiejętności aktorskich, ale Cedric jest nijaki, jak mleko 0,5% tłuszczu.

Podsumowując – tydzień za nami. Siedem filmów łyknęliśmy i było całkiem smacznie, a Paulina jeszcze nie wie, że czeka ją tydzień z serią w „Krzywym zwierciadle”. Ha, ha, ha!!!