ON:
Roland Emmerich ma na swoim koncie wiele kinowych hitów, które na stałe pozostały w pamięci kinomanów: „Moon44”, „Dzień Niepodległości”, „Patriota”, „Pojutrze”. To tylko kilka z dzieł, jakie wyszły spod rąk tego twórcy. Reżyser pomimo tego, że tworzy obrazy naiwne, to są one jednocześnie epickie i potrafią przyciągnąć do ekranu.
Wielokrotnie czytam zarzuty jakie stawiają Emmerichowi kinomaniacy. W sieci znajdziecie setki, jak nie tysiące stron, wytykające błędy w kolejnych jego filmach. Najciekawsze jest to, że podczas seansu, nawet się nie zastanawiasz nad tymi „wpadkami”. Dlaczego? Bo reżyser opowiada historie tak, że odciąga uwagę od tych „głupotek”. Tak właśnie było wczoraj na seansie „White House Down” w Polsce wyświetlanego pod tytułem „Świat w płomieniach”. Po ostatniej scenie, na napisach końcowych powiedziałem do Papi: „Dobre kino, naiwne i naciągane, ale nadal dobre”. Dlaczego tak uważam? Bo jak idę na takie filmy, to po to, aby się odmóżdżyć. Muszą być wybuchy, akcja, intryga, wszystko wymieszane w takich proporcjach, by nie nudzić. I tak jest tutaj. Emmerich znany jest ze specyficznej narracji. Szczególnie widać to w obrazach katastroficznych. W wir najgorętszych wydarzeń wrzuca zwykłych ludzi i ich problemy. Tak było w „Independece day”, podobnie w „Pojutrze” i ten schemat powiela w najnowszym dziele. Nie jest to złe posunięcie, bo wiemy, czego się możemy spodziewać. Mamy ostatniego sprawiedliwego, starającego się ratować prezydenta USA, jest zdrajca narodu, kilka czarnych charakterów, rozbite małżeństwo, córka przetrzymywana przez terrorystów i jeszcze kilka innych osób, mających większy lub mniejszy wpływ na wydarzenia dziejące się na ekranie. Pierwsze 30 min to spokojne wprowadzenie, rozstawianie pionków na planszy, a później robi się wielkie „BUM!” i kolejne chwile zaczynają uciekać szalone. Wiecie, kiedy film według mojej skali jest niezły? Gdy Paulina nie zerka nerwowo na swoją komórkę i nie przegląda facebooka. Wczoraj telefon grzecznie leżał w torebce, a ona napięta jak struna wpatrywała się w ekran.
Ta produkcja idealnie wpasowuje się w schemat. Od punktu A, rozpoczynającego naszą przygodę z dziełem, do punktu Z, czyli napisów końcowych prowadzi 137 minutowa droga, z kilkoma zwrotami akcji, niezniszczalnym bohaterem głównym i masą wybuchów. Emmerich nie unika w swoich filmach elementów komediowych, mamy wiec Prezydenta USA walczącego o swoje „dżordany”, kustosza białego domu, który nie puści płazem niszczenia bezcennego wyposażenia i wiele innych scen i postaci mających rozładować napięcie. Nie ukrywam, że zauważyliśmy z Paulą jedno ogromne podobieństwo do „The Rock”, ale bez spojlerowania. Myślę też, że każdy dość szybko rozgryzie intrygę, bo nie jest ona ogromnie zawiła. Ale takie jest wakacyjne kino: rozrywkowe i niezobowiązujące. Takiego nam trzeba w te gorące miesiące. Jest miłe.
Tak trafiło, że dwa dni pod rząd oglądaliśmy dzieła opowiadające o ataku na Biały Dom. Bardzo do siebie podobne, a jednocześnie zupełnie inne. Różniące się założeniami, pomysłem na głównego bohatera i na „tych złych”. Jutro pojawi się więc krótka recka „Olimpu w ogniu” i wtedy sami zobaczycie jak z bandziorami radzi sobie Channing Tatum, a jak Gerard Butler.
ONA:
Roland Emmerich to facet, który dał nam „Dzień Niepodległości”, „Godzillę” i „Pojutrze”. O ile film z przerośniętą jaszczurką za bardzo nie należy do moich ulubieńców, tak te dwa następne – owszem. Emmerich to też „Patriota” i „2012”. Wszystkie z jego filmów łączy kilka cech, ale najbardziej wyraźnie wyróżniają się: bajkowość fabuły, która bywa naiwna, ale opowiedziana jest od A do Z i to, że jest spektakularnie. Jeśli sensacja jest spektakularna, to wiele niedoróbek można jej wybaczyć. Nie mogłam przegapić kolejnej produkcji pana Rolanda. Pobiła ona nawet „Supermena”, którego też wypadałoby obejrzeć. Zatem dziś „Świat w płomieniach”.
Faza na filmy z terrorystami ma się całkiem dobrze. Jak nie atakują różnej maści mieszkańcy Bliskiego Wschodu, to ci z Korei Północnej, a jak nie oni – to prawicowi popieprzeńcy z dowolnie wybranego kraju. Tym razem wszystko dzieje się w stolicy USA. To jest podstawa, której obejść się nie da – zaatakowane muszą być właśnie Stany. Jesteśmy w Waszyngtonie i poznajemy bohaterów. Mamy czarnoskórego prezydenta Sawyera (Jamie Foxx), który w ramach dobrej wiary w ludzkość proponuje, by odwołać wszelkie akcje militarne na ropochodnych terenach, czym zyskuje sobie taką samą ilość zwolenników, jak i przeciwników. Mamy też byłego żołnierza – Johna Cale’a (Channing Tatum), który szuka sobie miejsca w Secret Service, bo po powrocie z frontu marzy o tej pracy nie tylko z powodów ambicjonalnych, ale również by zaimponować swojej córce – Emily, która jak na jedenastolatkę ma dosyć dziwne zainteresowania. Ją kręci polityka. Biedne dziecko. Od czasu rozstania z żoną John trochę przy okazji rozstaje się z córką. I teraz chce powalczyć o swoje miejsce w jej życiu. Zabiera ją ze sobą na rozmowę do SS (muhahah, Secret Service, ofkors), a tam spotyka ukochaną Batmana. Niestety, nie udaje się mu zdobyć tego etatu, ale ku uciesze małej – załapują się na wycieczkę po siedzibie prezydenta. I właśnie w tym samym czasie w Białym Domu następuje atak terrorystyczny. Wybuchy, strzelanie jak do kaczek, dużo wrzasku i pisku, szybkie i dynamiczne ujęcia – po prostu to, co kocham najbardziej…
„Świat w płomieniach” to bardzo udana sensacja, która ma kilka megaśnych zwrotów akcji, a i samo oglądanie Tatuma w umorusanym podkoszulku jest wybitnie hmmm… ekscytujące. Film jest co prawda wypełniony po brzegi absurdami i trochę nad wyraz patriotycznymi tekstami, ale hej – to Emmerich. Dokładnie tak samo było w „Dniu niepodległości”, nie wspominając już o „2012”. Nie ważne jest to, że jeden pocisk umie rozwalić pancerny czołg, ale limuzyny prezydenckiej już nie. Nie ważne są te wszystkie upadki z coraz wyższych pięter, ani to, że mównica jest w stanie ochronić przed wybuchem. To wszystko naprawdę jest błahe, bo to nie jest dramat, komedia romantyczna czy obyczaj, podczas którego mamy czas na zastanawianie się nad tym, dlaczego wazon nie spadł, a powinien albo dlaczego w jednej scenie laska ma buty, by po chwili już ich nie mieć. Tak miało być i tyle. W wybuchowych sensacjach dochodzimy do pewnych wniosków dopiero po seansie. W trakcie nie da rady – siedzimy wciśnięci w fotel. W przypadku tego filmu, jedynie w jednej chwili miałam ochotę krzyknąć „Nosz kurw!”, bo zamiast zbliżać się powoli do finału, fabularnie byliśmy jeszcze w tyle. Niemniej, podobało mi się bardzo. Jest idealnie wyważony, bo mamy i trochę humoru (Foxx w roli prezydenta wypada świetnie i bardzo pozytywnie), mamy historię potraktowaną całościowo, bez olewania detali i jest naprawdę nieźle, jeśli chodzi o efekty i ogólne wrażenie oraz wybuchowość.
