Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY RECENZJA

AMY

ONA:

Zacznę od wyjaśnienia: Amy nigdy nie należała do grona moich ulubienic. Owszem, jej muzyka bardzo mi się podobała, znam jej dwie płyty całkiem dobrze i absolutnie należę do osób, które twierdzą, że w dobie plastikowego pop świata, była cudowną odmianą. Ale na tym się ta „sympatia” kończy. 

Gdy pada jej imię, widzę brzydką kobietę, którą pokonał jej własny wizerunek. Która kroczyła – o ile jej się to udawało – w obfajdanych balerinkach, z wronim gniazdem na głowie, z cerą przypominającą pizzę, ze zgniłymi zębami, w rozmazanym, karykaturalnym makijażu. Widzę ją na okładkach tabloidów, które przekrzykiwały się w spekulacjach kiedy się jej kariera skończy i czy skończy się po prostu, czy tragicznie. Nie wiem czy nadal potrafię myśleć o niej w kontekście artystki, która miała piękny dar, czy zwykłej, zapijaczonej ćpunki, która wykończyła się na własne życzenie…

Kiedy dowiedziałam się, że powstaje materiał filmowy o niej, miałam nadzieję, że to będzie po prostu fabularna biografia. No nie, zrobili dokument, a zanim wyświetlili go na festiwalu,  narobiono wokół niego w cholerę szumu, że niby odkrywa nowe tajemnice i rzuca inne światło. No wybaczcie, ale wystarczy pogrzebać na Pudelku, by poczytać o tych wszystkich „elementach”, które mniej lub bardziej pchały Amy do autodestrukcji. Mąż, który uzależnił ją nie tylko od siebie, ale i od prochów, dając jej przy okazji „pomysły” to tworzenia. Ojciec, który w córce znalazł skarbonkę na monety i pchał ją w stronę szołbizu, do którego ona wcale nie chciała wejść. Przyjaciele, którzy tak strasznie się martwili o nią, również ogrzewając się w blasku jej sławy. Potem cała banda osób, które zrobiły sobie z niej pożywkę: komicy, komentatorzy, dziennikarze, papruchy, wydawcy – wszyscy w jednym momencie postanowili sobie ulżyć i wykorzystać to tego Winehouse.

Ten trup jeszcze nie wystygł. Co prawda nie żyje od 4 lat, ale ciągle można na nim zarobić…

Niestety, takie mam wrażenie po obejrzeniu tego filmu. Maleńkie kino, w którym na ogół jest 15 osób na seansie, tym razem pękało w szwach. Siedzieliśmy w trzecim rzędzie. Ostatni raz tak gęsto było na „Bogach”.

Jeśli chodzi o sam film, to to klasyczny do granic przyzwoitości dokument, bez fajerwerków. Nagrania prywatne, zdjęcia, materiały telewizyjne – do tego komentarz kilku osób i proszę – dokument, o którym mówią wszyscy od kilku tygodni. To równie dobrze mógł być film stworzony przez telewizję, jak ten nowy, o wokaliście Nirvany. Zdaje się, że HBO go wypuściło. Widziałam go i nie różni się on „formą” od tego o Winehouse. Różnica jest jednak taka, że Cobain nie żyje już długo, a na Amy nadal można zarobić. To ciągle chwytliwe nazwisko, jedno z ostatnich w tym wyjątkowym „Klubie 27”. Historia Amy, pokazana w tym dokumencie, bardziej mnie wkurwiła, niż wzruszyła i poruszyła. Nadal twierdzę, że jest wielu innych artystów, którzy nie żyją, którzy się nie zapili, zaćpali, zabili, a którzy zasługują na taką formę uznania.

Nie, moja opinia o niej się nie zmieniła. Szanuję artystów, każdych, nawet z tych regionów, które muzycznie do mnie nie docierają. Zazdroszczę im, że tworzą, że potrafią przy pomocy talentu docierać do ludzi. Niestety, nie potrafię uszanować zaprzepaszczenia czegoś, o czym marzą miliony. Nie będę jej wystawiać laurki, nie mam zamiaru też pisać jaką była biedną dziewczynką, którą najpewniej siłą zmuszali do ćpania, chlania, balowania, pieprzenia się i marnowania życia.

ON:

W ramach czwartkowego “Kina konesera” wybraliśmy się do kina na biografię Amy Winehouse. Wielkie było nasze zaskoczenie, gdy okazało się, że sala jest pełna, a my sami musieliśmy zadowolić się miejscami w trzecim rzędzie. Całe szczęście nie mieliśmy do czynienia z kinem akcji, które wymaga lepszej miejscówki.

Niejaki Asid Kapadia postanowił zabrać się za biografię Amy. Sam nie do końca rozumiem jej fenomenu, nie dociera do mnie jej śpiew, często przypominający skrzek i jęczenie. Ale ja nie muszę ogarniać jazzu i atmosfery mu towarzyszącej. Jestem prostym chłopakiem, którego jara bit, elektronika i gitarowe solówki. Amy Winehouse była dla mnie zawsze po prostu postacią, o której wspominało się w telewizji i to przeważnie wtedy, gdy znów coś wykaszaniła.

Kapadia zasłynął przede wszystkim z „Senny” – biografii legendy Formuły 1. Pomysłem na film było zebranie wszelkich możliwych materiałów, które poniewierały się po szafach i szufladach rodziny i przyjaciół zmarłej piosenkarki. Wszystko dopełniono zdjęciami i wypowiedziami znajomych, współpracowników i bliskich. Dzięki temu otrzymaliśmy poukładaną w chronologii opowieść o życiu i śmierci młodej kobiety.

Reżyser zaczął praktycznie do początku. Od pierwszych chwil, które ukazywały ogromne zainteresowanie artystki śpiewem. Mając naście lat zaczyna karierę, jeżdząc po mniejszych i większych koncertach. Oczywiście później odkrywa ją wytwórnia, ale jej pierwszy album nie jest niczym wyjątkowym. Dopiero jej związek z niejakim Blake’m jest czymś, co jednocześnie ją buduje i wyniszcza. Oboje wpadli w pewne wzajemnie uzależnienie, które po zerwaniu doprowadza piosenkarkę do depresji. Alkohol i bulimia są jej dwoma wrogami, a ona sama cały czas wegetuje. Na szczęście cała ta sytuacja w końcu motywuje ją do działania. Wtedy też pisze swoje najlepsze przeboje. Po premierze albumu dzieje się wiele rzeczy, które prowadzą ja dalej w kierunku samozagłady. Tak też się staje. Przerosły ją wszystkie nagrody, przerósł związek i małżeństwo z Blake’m, który koniec końców do niej wrócił i z którym się rozwiodła.

Po dwóch godzinach seansu nie drgnęło mi nic. Nie zrobiło mi się smutno, nie było mi żal tej dziewczyny. Sam film mógłby być równie dobrze puszczony w jakimś HBO lub na innym kanale, w ramach niedzielnego przypomnienia o istnieniu tej gwiazdy.

Sam preferuję jednak zfabularyzowane biografie. Są może one bardziej „subiektywne” i czasem przekłamane, ale nie nudzą, a czasem wręcz zachwycają. W przypadku „Amy” zachwytów brak.