ON:

Jest rok 2069 – światem rządzą korporacje. Sieci wpływów przeplatają się wzajemnie, ludzie są marionetkami w rękach prezesów i całych zarządów, a najcenniejszym surowcem jest informacja. Jej posiadanie potrafi otworzyć wszelkie drzwi, nawet te, które wydają się na zawsze być zamknięte. Rok 2069 to także czas ulic pełnych neonów, ludzi z wszczepami i kredytów, które zastępują gotówkę. To miejsce, w którym informacje od konkurencji wyciąga się w sposób brutalny i krwawy, a zajmują się tym specjalnie przeszkoleni i nafaszerowani elektroniką agenci.

Tak wygląda ponura przyszłość, którą serwuje nam remake gry „Syndicate” stworzony przez znane z „The Darkness” oraz „Kronik Riddicka” Starbreeze Studios. Na nową odsłonę tej serii przyszło nam czekać praktycznie 20 lat. To kawał czasu, a gra z izomerycznej strategii stała pierwszoosobowym shooterem. Zdziwi się jednak każdy sceptyk, bowiem taka zmiana wyszła serii naprawdę na dobre.

Wcielamy się w agenta o nazwisku Kilo, Miles Kilo. To facet, który nie jest typowym mięchem armatnim, ma za swoimi plecami prezesa korporacji Jacka Denhama (naprawdę niezły w tej roli Brian Cox). Kilo wraz z towarzyszem broni agentem Meritem stanowią zabójczy duet, który ciężko jest powstrzymać. Stanąć na ich drodze, to jak starać się zatrzymać rozpędzoną ciężarówkę własnym ciałem. Źle się jednak dzieje w „państwie duńskim”, bo ostatnia misja idzie nie tak, a dokładniej mówiąc w Eurocorp jest kret. Sprzedaż informacji do konkurencji to grzech śmiertelny, którego się nie wybacza. Zaczynają się poszukiwania winnego.

Starbreeze spycha jednak opowieść na drugi plan i nie pozwala do końca uczestniczyć nam w całej misternej zagadce, co gorsza w pewnym momencie okazje się, że jest ona mniej rozbudowana niżby się wydawało. Nie będzie tutaj rozmów rodem z „Deus Ex: Human Revolution”. Jest jednak druga strona medalu, twórcy postawili na grę akcji, shootera, który nie pozwoli się nudzić i trzeba przyznać, że wyszło to im nader dobrze. Poza dość dużym i wymyślnym arsenałem mamy do użytku jeszcze jedno narzędzie zbrodni. Jest to DART 6, chip, który daje nam możliwości dość zabójcze. Między innymi pozwala przeciągnąć na swoją stronę obcych agentów, a także zmusić ich do samobójstwa. Poza tym dzięki niemu przez krótki czas możemy zobaczyć gdzie znajdują się wrogowie (także przez ściany). Dzięki temu nasza gra to nie tylko naciskanie spustu, ale i planowanie. Wiele etapów gry można przejść praktycznie nie używając broni, choć jest to trudne.

Szkoda, że w Syndicate nie postarano się o stworzenie klimatu jaki panował w Riddicku oraz The Darknes, gdzie nasza postać miała coś do dodania, powiedzenia, skomentowania obecnej sytuacji. Kilo jest niestety niemy i nie możemy w żaden sposób dowiedzieć się jakie są jego odczucia. Z drugiej strony, to facet z chipem, oddany korporacji. On nie musi myśleć, on ma wykonywać rozkazy.

Singlowa kampania zajmie nam około 8h gry, nie jest to za wiele, ale twórcy dali nam możliwość zagrania w co-opowe misje, gdzie maksymalnie z trzema innymi graczami będziemy musieli wykonać szereg zadań. Misje te są naprawdę całkiem przyzwoicie zrobione, a takie ganianie w czteroosobowym składzie jest bardzo przyjemne.

Reasumując pomimo spłyconego scenariusza i niemego głównego bohatera mamy grę z górnej półki, idealną dla wielbicieli Cyberpunka, który dosłownie wylewa się z ekranu. Dla mnie pozycja obowiązkowa.