ON:
Kończymy przygodę z najdziwniejszą rodzinką Ameryki, czyli Griswoldami. W 1997 roku postanowiono wysłać ich po raz ostatni na wspólny wyjazd i jak to u nich bywa – wszystko się zesrało. Żona czuje już zmęczenie Clarkiem, a dzieciaki dawno temu odrosły od ziemi i nie bawią ich wspólne wypady.
Clark z racji swojego wyjątkowego pomysłu – zgarnia dużą premię. W ramach nagrody dla siebie i bliskich postanawia zabrać ich do największego i najbardziej znanego miejsca rozpusty i hazardu, czyli do Las Vegas. Wiecie jak to się mów: “Co dzieje się w Vegas, pozostaje w Vegas”. Można więc założyć, że tak będzie i tym razem.
Na miejscu, w hotelu Mirage, zaczyna się zupełnie inne życie. W mieście, w którym nigdy nie gasną neony, budzą się wszelkie nasze najczarniejsze pragnienia. I tak właśnie dzieje się z Griswoldami. Clark wpadł w hazardowy ciąg, kolejne żetony przelatują przez jego palce, jak gotowana kapucha przez niską, grubą babę. W czasie gdy on przewala rodzinną kasę, jego żona, pozostawiona samej sobie, zaczyna snuć się po hotelu i zapoznaje się z lokalnymi atrakcjami. W ten oto sposób wpada Weyne’a Newtona – estradowego showmana, który momentalnie zaczyna do niej smalić cholewki. Facet czuje, że ta atrakcyjna mamuśka włóczy się sama, że jej mąż gdzieś się zgubił i chce w ten sposób skorzystać z sytuacji. W tym czasie wyrośnięte już dzieciaki bawią się na całego. Rusty natomiast z rudej pipy stał się młodym mężczyzną i na dodatek z dużą ilością szczęścia za pasem. Wystarczy tylko podrobiony dowód osobisty.
Pamiętacie Kuzyna Eddiego? On także pojawia się w tej części. Z przyczepą, którą kupił po sprzedaży domu, wylądował na pustyni w rejonach Vegas. Dzieci mu rosną dorodne, odporne na ukąszenia węży, a blond kuzynka idealnie wpasowałaby się w określenie „white trash”, jakie znamy z ED-a. Audrey szybko podłapała z kuzynką wspólny język.
Koniec końców wszystko się rypie, ale później jest już tylko lepiej. Ostatnia część przygód Clarka i rodziny nie należy do najlepszych, trochę w tym wszystkim luk, ale z drugiej strony nadal trzymany jest pewien całkiem przyzwoity poziom tej opowieści. Na koniec czterodniowego maratonu nadaje się idealnie.
ONA:
Czwarty dzień z rodziną Griswoldów był przeze mnie najbardziej wyczekiwany, bo wycieczka do Las Vegas spodobała mi się najbardziej. Pewnie temu, że była to pierwsza część, którą obejrzałam i dla mnie, dziecka bardziej z końca lat 80tych – merytorycznie nieco bardziej pasuje.
Wiele się zmieniło w domu tej zakręconej rodzinki. Przede wszystkim wszyscy postarzeli się i o ile dzieciaki dopiero zaczęły wchodzić w dorosłość, Clark i Ellen dopada coś na kształt pierwszych oznak kryzysu wieku średniego. Oni po prostu mają już wszystko i coraz częściej rutyna i nuda ich dopada. Chcąc przełamać to i nieco zacieśnić więzy rodzinne, pan domu wpada na pomysł, żeby znowu pojechali na wspólne wakacje. Mając w pamięci tragedię za tragedią z podróży po Stanach oraz pogoń za zabytkami z europejskich wojaży, tym razem ma być zupełnie inaczej, a finałem spokojnego, wspólnego wypoczynku ma być odnowienie przysięgi małżeńskiej Ellen i Clarka. Dzieciaki jak słyszą ten news mają nietęgie miny, ale hej – nie ma wyjścia, muszą się dostosować. Może gdyby to był film o innej rodzinie, moglibyśmy wysnuć teorię, że cały ich wypoczynkowy plan się uda. Ale to Griswoldowie i nie udaje się nic: ani seks w samolotowej łazience, ani wspólne spędzanie czasu, a nad małżeństwem zawisnął spory problem: Wayne Newton (taki gorszy Tom Jones). Całość kupy dopełnia kuzyn Eddie.
„Wakacje w Las Vegas” trzymają poziom poprzednich części, chociaż zdecydowanie widać tu filmowy przeskok czasowy. Mi się to po prostu przyjemniej ogląda pod względem filmowym, technicznym, a i sama fabuła jest niczego sobie, bo oto, po 3 filmach, w których podstawą było „wspólne spędzanie czasu”, tu każdy idzie w swoim kierunku. Audrey świeci brzuchem i tańczy, Rusty trzepie kasę, Clark rzuca się w ramiona hazardu, Ellen też ulokowała się w ramionach, ale tandetnego gwiazdora. Uśmiać się znowu można do granic przyzwoitości, które swoją drogą – nadal są przekraczane, chociaż już z większym dystansem, bo przecież każdy kolejny rok wypierał z komedii chamstwo, a wprowadzał elementy romantyczne. Bleh.
Przyznam się bez bicia – wieczory spędzone przy Griswoldach były lekiem na całe zło z dnia. Mogłam poparskać ze śmiechu i rechotać do bólu brzucha. Mogłam wyłączyć głowę, chociaż mimo błahej fabuły – te produkcje mają wiele mądrych momentów, które mimo wszystko skłaniają do „jakieś tam” refleksji. Jeśli macie ochotę na dobre komedie – przypomnijcie sobie kolejne odsłony „W krzywym zwierciadle”, bo warto, szczególnie gdy dopadnie Was jesienna chandra.
