ONA:
Po 4 dniach, które naznaczone były głupkowatymi komediami, organizm naturalnie zaczął prosić o coś ambitniejszego. To tak jak z jedzeniem: możesz cały tydzień wpierdzielać zupki instant, a potem jakaś magiczna siła ciągnie Cię w stronę niedzielnego obiadku mamusi… Miałam mentalny głód i wielką ochotę na film „cięższy”. Szkoda tylko, że od razu rzuciłam się na totalnie dołującego skurwiela.
Ludzie, którzy kochają kino, dzielą się na dwa obozy: na tych, którzy szukają w filmach przeżyć i emocji, a także na tych, którzy pragną przede wszystkim rozrywki, odmóżdżenia, radości i zachwytu. Bez dwóch zdań należę do tej drugiej grupy. Dlaczego? Bo mam świadomość, że świat jest zły, że ludzie są źli, a szczytne ideały i pieprzenie o humanizmie zdechło już dawno temu. Nie potrzebuję kolejnych argumentów – spotykam je dzień w dzień. Do obejrzenia „Big bad wolves” zachęcił mnie sam Tarantino, którego uwielbiam. Szkoda tylko, że nie doczytałam, że to film o pedofilu… Wiecie… Filmy o krzywdzeniu dzieci i zwierząt bolą mnie najbardziej. Wstrząsają mną tak solidnie, że nie potrafię przez długi czas o nich zapomnieć. Podejrzewam, że tak będzie i tym razem.
Było ich trzech. Trzech dojrzałych mężczyzn, którzy zupełnie się nie znają, a jednak los chce, by ich drogi się skrzyżowały w jednym punkcie. Mamy gliniarza, który prowadzi śledztwo. Mamy nieco starszego kolesia, który cierpi po śmierci dziecka. I nauczyciela, którego podejrzewano o pedofilię. Jak to się dzieje, że cała ta trójka wpada na siebie? Otóż gliniarz ma na oku nauczyciela, podobnie jak i cierpiący ojciec, który szuka mordercy swojego dziecka. Według jego ustaleń, jest nim właśnie nasz belfer. Konfrontacja rozpoczyna się w piwnicy. Krzesło, sznury, narzędzia – ta śmierć będzie powolna i bardzo bolesna.
W tym izraelskim filmie najbardziej zaskoczyło mnie to, że połączono w nim szyderczą „komedię” i cholernie ciężki dramat. Czy to możliwe? Owszem. W jednej chwili leci w naszym kierunku jakiś niewybredny, bystry żart, by później pokazać scenę odrywania paznokci i miażdżenia kości. To dzieło jest wielkim paradoksem, totalnym filmowym oksymoronem, a do tego jest naprawdę świetnie zrobioną produkcją, zarówno technicznie, jak i aktorsko. Fabuła wciąga, a lawirowanie pomiędzy gatunkami sprawia, że nie nudzimy się i ciągle zbijani jesteśmy z tropu. Nie wydaje mi się, że porównanie go do twórczości Tarantino, czy np. Rodrigueza ma faktycznie sens, bo panowie lubią krew – owszem, lubią cięte żarty – owszem, ale ich produkcje to klasyczne karykatury, pastisze, nieco drwiące z tego, co już mogliśmy zobaczyć. „Wilki” są mocne, drastyczne i zupełnie nie pieprzą się z widzem. W pewnym momencie jesteśmy totalnie skołowani: nie wiemy, czy kibicować ojcu, który brutalnie zaraz wymierzy sprawiedliwość, czy nauczycielowi, który być może wcale nie był sprawcą czynu, za który teraz cierpi. Jedno jest pewne: jeśli w filmie nie ma happy endu, to tym bardziej należy się za niego zabrać.
ON:
Gdyby „Duże złe wilki” nakręcono na Zachodzie, to ich reżyserem na 99% byłby Quentin. Tyle, że wtedy w tym dziele byłoby więcej „faków” i trupów, a główny wątek zostałby rozciągnięty na długą, epicką opowieść. Jednak jest to kino izraelskie, co za tym idzie – zupełnie inne od tego, jakie jest nam znane z ekranów telewizyjnych i kinowych. Nie trzeba jednak znać realiów kulturalnych Izraela, aby zrozumieć tą brutalną i pełną psychodelicznego, czarnego humoru opowieść.
Film zaczyna się sceną zabawy w chowanego. Trójka dzieciaków bawi się w rejonach starego opuszczonego budynku, niestety jedna z dziewczynek nie zostaje odnaleziona, co powoduje, że zabawa przeradza się w dramatyczne poszukiwania uprowadzonej. Sprawą ma zająć się miejscowa policja, która ma już niejakie podejrzenia i zgarnia młodego nauczyciela. Dror, bo tak się zowie „aresztowany”, nie wygląda na osobę, która mogłaby skrzywdzić muchę. Niestety, pasuje on do rysopisu mężczyzny widzianego na miejscu zbrodni. Policjanci delikatnie trzepią skórę zwyrodnialcowi, ale procedury i nagana przełożonego nie pozwalają im przetrzymać faceta w areszcie. Na nieszczęście gliniarzy jakiś dzieciak nagrał filmik z całego zdarzenia i w rzucił go do sieci.
Drod stara się wrócić do swojego życia, ale pojawiający się w sieci filmik, nie tylko nie pomaga, ale jeszcze szkodzi. Mężczyzna traci pracę – teraz ma więcej czasu dla siebie. Co gorsze, jeden z detektywów zaczyna go nachodzić i pojawia się jego codziennym życiu. Glina robi to dlatego, że ma zielone światło do swojego szefa. Jak daleko posunie się przedstawiciel prawa aby dopaść zwyrodnialca?
W między czasie na scenie pojawia się kolejny aktor tego dramatu. Podstarzały mężczyzna, którego córka została znaleziona martwa w jednym z okolicznych lasów. Facet ma tak ogromną chęć dorwania pedofila, że posunie się do wszystkiego, aby móc wymierzyć karę i znaleźć odwiedź na nurtujące go pytania. W pewnym momencie ścieżki trójki mężczyzn się połączą.
„Duże złe wilki” to kino ciężkie z racji swojego tematu, ale w pewnym momencie scenarzyści dają nam chwilę odetchnąć. Drobiazgi odciągają nas od „najważniejszego”. Czasem jest to telefon komórkowy, innym razem zupa lub ciasto. Elementy te wprowadzają spokojniejszy ton do całego dzieła i to właśnie on przybliża powieść Izraelczyków do produkcji Quentina Tarantino. Niestety, jest ich za mało, aby stawiać tą producentkę na równi z dziełami mistrza. Trochę szkoda.
