ONA:
Nie wiem jakim cudem w 2010 roku nie widziałam pierwszej części „Niezniszczalnych”. Nie wiem, ale wstyd mi za to. Dwa lata później, siedząc w ciemnej kinowej sali zobaczyłam trailer sequelu, zaklaskałam wewnętrznie i bardzo mnie to ucieszyło, bo według zapowiedzi, w jednym filmie mieli spotkać się moi ulubieni bohaterowie filmów sensacyjnych (czyli Willis i Statham), a poza tym, jeszcze kilku innych. Po drodze nadrobiłam zaległość sprzed 2 lat i szczerze – nie urwało mi tyłka. Nie spodziewałam się fajerwerków i głębi, nie liczyłam też na wewnętrzne rozterki bohaterów, ale właściwie w pierwszej części poza strzelaniną nie ma nic. Czego można się spodziewać po filmie, w którym główne i drugoplanowe role grają Sylvester Stalone, Jet Li, Dolph Lundgren, Eric Roberts, Mickey Rourke, Arnold Schwarzenegger, no i moi potencjalni mężowie: Bruce Willis oraz Jason Statham?
Barney Ross (Stalone) jest dowódcą grupy najemników, który zajmują się głównie strzelaniem. Ponoć są najlepsi w branży, o ile można w ogóle mówić o „fachu”. Ale każdy z nich specjalizuje się w jakieś walce, więc razem tworzą niezniszczalną drużynę. Kiedy akurat nie są zajęci ładowaniem ołowiu w przeciwników, siedzą u tatuażysty (Rourke) i gadają o życiu, śmierci i o dupach. Ale kiedy pojawia się zlecenie, pakują swoje manatki i pędzą walczyć, bo to wychodzi im najlepiej. Nowa misja ma dziać się w Ameryce Południowej, a jej celem głównym będzie obalenie despotycznego dyktatora. Jak to zwykle z dyktatorami bywa – ten również ma kompleks władzy i krzywdzi swoich poddanych, jednocześnie zagrażając innym państwom. Po drodze widzimy różne sposoby unicestwiania przeciwników, które są na tyle dynamiczne i „zgrabne”, że ogląda się je bardzo miło.
Och, nawet nie wiecie jak bardzo czekałam na drugą część!
Zanim film się w ogóle zaczął (w sensie pojawił się tytuł), trup padał gęsto. A wszystko po to, żeby uratować konkurencyjnego najemnika, któremu ciała użyczał nikt inny, jak sam Arnold. Misja się udaje, nasze misiaki wracają do normalnego świata. Ale przecież nie można się nudzić i próżnować. Mr. Church (Willis) daje im kolejna możliwość do wykazania się. Akcja ma być prosta, coś typu „bułka z masłem” – mają gdzieś polecieć, coś zabrać i czym prędzej dostarczyć do pana Umrzyj mocno. Ale nie może być za prosto. Szczególnie, że tym czymś okazują się być dane do kopalni w Rosji, w której ukryto pluton. Dużo plutonu. Właściwie, nawet więcej niż dużo. Na te dane ostrzy sobie kły nie kto inny, jak sam Jean-Claude Van Damme, a że po drodze zabija jednego z ludzi Ross’a, Expendablesi chcą się zemścić…
Film jest REWELACYJNY! Mało kiedy się zdarza, że sequel zjada swojego poprzednika, ale w tym wypadku tak właśnie jest. Jest dużo strzelania, trup pada gęsto w każdej scenie. Jest jeszcze więcej przygłupawych akcji, które przeczą prawom fizyki, logiki, a rozsądek walczy o przetrwanie. Jednak po chwili poddaje się, bo właśnie w tym tkwi cały urok. Nie ma sensu próbować wyjaśnić sobie, jakim cudem podczas sytuacji bez wyjścia (czyli kiedy do naszych bohaterów strzelają z każdej strony) nagle pojawia się sam Chuck Norris i ratuje im tyłki… A do tego dodajmy kapitalne żarty i odniesienia do innych filmów z całą tą niebezpieczną zgrają. Wyłam ze śmiechu! O wiele bardziej niż na „Tedzie”!
I właśnie – coś co chcę podkreślić. „Niezniszczalni” to film, który rewelacyjnie podsumowuje kilka dekad w historii kina sensacyjnego. Sam fakt, że w jednym dziele są najlepsi, najpopularniejsi, może nieco uwięzieni w konwencjach, które sami wybrali, ale jednak – sztampowi aktorzy kina akcji, to już mówi samo za siebie i sprawia, że film się po prostu broni. Okej, może to trochę przypomina „Kabaret Starszych Panów”, ale jakże cudownie zobaczyć to raz jeszcze. Ani Rambo, ani Terminator, ani nawet Strażnik Teksasu nie przechodzą na emeryturę. W nich ciągle pali się ten sam płomień, który znamy z filmów z lat 80, 90 i tych nieco nowszych. Stalone ma co prawda farbowaną brodę i coraz bardziej przypomina swoją matkę, ale uwielbiam jego zakazany pysk, od kiedy walczył na ringu i wbiegał po schodach. Stathama pokochałam po „Adrenalinie”, a jego boski głos i akcent, pobudzają moje myśli niesforne. Dolpha Lundgrena nie za bardzo kojarzę z jakiś wybitnych dzieł, podobnie zresztą jak Van Damme, ale w filmie tym szczególnie blondas zrobił na mnie świetne wrażenie i uważam, że miał najsympatyczniejszą rolę. Trochę głupek, trochę geniusz, umysł lekko zżarty przez dragi, ale w ogólnym rozrachunku to spoko gość. Jean-Claude za to nieco tryska kwasem hialuronowym… Chuck Norris jaki jest – każdy widzi. On chyba najbardziej ucierpiał wizerunkowo, przez role, na które się decydował, bo na zawsze pozostanie strażnikiem z Teksasu, ale jemu to chyba nie przeszkadza. Widać do tego nadaje się najlepiej. A na koniec on, boski Bruce Willis… Najlepszy, jedyny, najcudowniejszy maderfaker ever.
Oba filmy „The Expendables” utwierdziły mnie w jednym. Filmy sensacyjne to mój ulubiony gatunek. I proszę, niech trzecią część nakręci Michael Bay!
Aaa. Mam słabość do łysych zakapiorów…
ON:
Gdy byłem mały, miałem 7 może 8 lat, bawiłem się na podwórku razem z moimi rówieśnikami. Przeważnie lataliśmy z plastikowymi pistoletami, czasami z patykami, które zstępowały nam karabiny i strzelając do siebie wyimaginowanymi pociskami – bawiliśmy się w wojnę. Dla nas pojęcie „wojny” było abstrakcyjne. Nie wiedzieliśmy za wiele o jej okrucieństwie. Nam wydawało się, że żołnierze umierali, bo był to ich patriotyczny obowiązek. Nie mieliśmy pojęcia, że wojna to okrucieństwo, głód, gwałt, że to bezsensowna przemoc w imię zasad i ideałów, często narzucanych przez psychopatów. My znaliśmy walkę z TV i VHS-ów. Dla nas najwspanialsi żołnierze to pułkownik Matrix z „Commando”, John Rambo, John McClaine. To także bijący się z Bruce’m Lee, Chuck Norris. Van Damme robiący szpagat, w scenie z „Krwawego sportu”. U nas walka wyglądała jak w filmach, byliśmy jak Funky Koval – „sam przeciw wszystkim.” Dla dzieciaków wojna to strzelanie do chmary wrogów, jednocześnie będąc samemu niezniszczalnym.
W latach 80-tych i początku lat 90-tych kinem rządziły się dość specyficzne zasady. Może inaczej – kinem polskim rządziły się dość specyficzne zasady. Wiele filmów było u nas niedostępnych, część z nich wielu z nas widziało tylko uprzejmości kumpla, który miał w domu video. Dla mnie kino tamtych lat kojarzy się z będącym kilkadziesiąt metrów od naszego mieszkania kinem „Apollo”. To była stara, duża sala z głębokimi, czerwonymi, materiałowymi fotelami, w których siedziało się wprost wyśmienicie. Tam pierwszy raz widziałem „Criters”, „Gremliny”, ale także „Cobrę” i „Robocopa”. Pamiętam drewniane, oszklone gabloty, wiszące na ścianach w holu kina. Można w nich było zobaczyć informacje o wyświetlanych w danym tygodniu filmach. Plakaty te („polskie” wersje) malowane były farbami przez naszych artystów. Z czasem pojawiały się już oryginalne przedruki z amerykańskich. Kadry z filmu to po prostu zdjęcia. Wszystko przepięknie przypięte szpilkami do korowej tablicy. W takim kinie zacząłem swoją przygodę z wojną jednego człowieka. Tam też poznałem pierwszych bohaterów dzieciństwa. Gdy część znajomych z pierwszych klas podstawówki jarała się „Jazonem z gwiezdnego patrolu”, ja chciałem być jak „Rambo”
Po praktycznie 25, a może i 30 latach od tych dni Sylvester Stallone wpadł na pomył, który chyba najbardziej ucieszył facetów w moim wieku, takich którzy biegali z tymi patykami po podwórku. Wsadził do jednego filmu wszystkich bohaterów naszego dzieciństwa, dorzucił do tego „rozrabiaków” nowego pokolenia (Statham, Jet Li), zamieszał i podał najlepszego drinka, jakiego było mi dane pić od ostatnich 2 lat. Właściwie, to podał nam dwa drinki, ponieważ w 2010 dostaliśmy „Niezniszczalnych”, a teraz w 2012 mamy „Niezniszczalnych 2”. Scenariusza pierwszej ani drugiej części nie będę opisywał, gdyż jest on płytki, przewidywalny i oklepany. Dostajemy po prostu kino akcji przepełnione wybuchami, pościgami, walkami na pięści, noże i kastety. Niezniszczalni to paczka najemników, która za kasę pojedzie w każdy zakątek świata i zrobi praktycznie wszystko. Ale mają swój honor i rozwalają tylko tych złych. Ta cała sztampowość jest genialna w swojej prostocie. Od początku wiadomo kto jest zły, a kto dobry, przez co wiemy komu będziemy kibicować. Co w takim w tym filmie jest wyjątkowego? Humor. Dialogi, które znamy z „tych filmów naszej młodości”. Panowie nabijają się z własnych poczynań aktorskich i osobistych, i robią to z klasą. Wyobraźcie sobie Arniego – gubernatora, który mówi do Bruce’a Willisa „I’ll be back”, na co Willis odpowiada “You’ve been back enough. I’ll be back” i znika z kadru. Następuje chwila ciszy i Arnold mówi „Yippee-ki-yay”. Takich smaczków w obu częściach jest więcej. Dolph Lundgren nabija się ze swojej prawdziwej i dość wspaniale zapowiadającej się kariery chemika, Norris zaś kpi sobie ze swojego „Samotnego wilka” z 83 roku. Ta autoironia jest wszechobecna i nadaje ona obu filmom takiego kopa, że aż chce się czasem chichotać.
To, co się dzieje na ekranie przez prawie cztery godziny (łączny czas trwania obu części) to majstersztyk kina akcji ostatnich lat. To lekkie, zabawne pełne wybuchów kino, które idealnie pasuje jako zapychacz czasu kinowego w okresie wakacyjnej posuchy.
Najwspanialsze w tym wszystkim jest to, że większość aktorów tych filmów mogła by być naszymi dziadkami. W naszym kraju teraz by starali się dożyć emerytury lub umarli by już, aby odciążyć nasze biedne państwo. W Stanach jest widocznie inaczej. I bardzo dobrze, bo dzięki temu mamy filmy, które mogę z czystym sumieniem polecać wszystkim tym, którzy wpatrzeni jak w obrazek oglądali wszystkie te wspaniałe obrazy na VHS-ach jakieś 30 lat temu.
