ON:
Białowłosy Jim Jarmusch to postać dziwaczna, kojarząca mi się przede wszystkim z „Brooklyn Boogie” Wayne’a Wanga oraz „Ghost dog: Droga samuraja”. Jego „Kawa i Papierosy” najlepiej smakowała w towarzystwie paczki Marlboro i filiżanki małej czarnej. Przez niego inaczej patrzę na postacie Niemców granych w amerykańskich filmach i chyba zawszę będę pamiętał jak bardzo się nabijał z ich sposobu palenia papierosów.
Jarmusch jest kultowy, bo „ożywił” truposza, który na granicy snu i jawy oprowadził nas po Dzikim Zachodzie. Gdyby nie on pewnie nawet nie wiedzielibyśmy, że kodeks samurajski może przyjąć się także wśród żołnierzy mafii. No i najważniejsze – to on pokazał mi coś co zwie się nowelami filmowymi, co najlepiej było widać w „Mystery Train” oraz w „Nocy na Ziemi”. Jarmuscha albo się kocha, albo nienawidzi, mi bliżej do sympatii niż do nienawiści, chociaż opisywane dziś „Broken Flowers” bardzo mnie zawiodło. Coś w sentymentalnej podróży Dona Johstona (Bill Murray) nie przekonuje, brak w całej opowieści pewnego przytupu, pierdolnięcia, które pozwoli nam odejść po seansie z pewną dozą niedosytu. Niby to miała zapewnić końcówka, ale także w niej zabrakło „pikanterii”.
Johston to podstarzały samotnik-Casanova. Zrobił kasę na komputerach, żyje sobie popijając „szkocką” i odwiedzając sąsiada-kumpla Winstona (Jeffrey Wright). Winston lubuje się w powieściach kryminalnych i nawet chce taką napisać, ale na przeszkodzie stoi dość pokaźna rodzinka i problemy codzienności. Na szczęście nie przeszkadza to w pomocy Donowi, który ma ciężki orzech do zgryzienia. Pewnego dnia pod jego drzwiami ląduje różowa koperta bez adresu zwrotnego. W środku znajduje się tajemniczy list, w którym w kilku prostych słowach zawarta jest dość prosta informacja: “Jesteś ojcem, a Twój syn ma 19 lat.” Don ma twardy orzech do zgryzienia, bowiem list mogła przysłać dowolna z jego poprzednich partnerek. Na pomoc przychodzi Winston, który wysila swój detektywistyczny umysł i typuje cztery potencjalne partnerki, a potem namawia Johstona, by ten spotkał się z każdą z nich. Tak zaczyna się podróż w przeszłość.
Pomimo jednolitej fabularnej formy, widać jarmuschowe ukochane dzielenie opowieści na kawałki. Don odwiedza cztery kobiety, każde spotkanie ma inną strukturę i przebiega w inny sposób, ale wszystkie łączy „różowy wątek”. Ten wspólny element jest czymś takim, jak hotel Arkada w Memphis, który pojawia się w „Mystery Train”. Niestety, wydaje mi się, że trochę za mało w tym prawdziwego Jarmuscha i nawet Bill Murray nie jest wstanie uratować średniej opowieści. Troszkę szkoda, bo nazwisko zobowiązuje. Z tego też powodu „Broken Flowers” polecam prawdziwym fanom jarmuschowej sztuki.
ONA:
Za każdym razem, kiedy mówiłam przy znajomych, którzy podobnie jak ja bardzo lubią kino, że nie widziałam do tej pory „Broken Flowers”, oni zawsze, mimo, że zupełnie się nie znali, mówili, że ten film jest równie dobry co „American Beauty” i „Między słowami”. Teraz mam za sobą już te wszystkie produkcje i z przykrością, bo bardzo lubię twórczość Jima Jarmuscha, a za Billem Murray’em wręcz przepadam, muszę przyznać, że film o podstarzałym uwodzicielu, który rusza na spotkanie z przeszłością, nie zaintrygował mnie zupełnie. Ba, wręcz mnie znudził.
Produkcji, które krążą wokół przypominania sobie grzechów młodości, było już bardzo (czytaj: zbyt) wiele. Większość z nich jest „na jedno kopyto” – mamy bohatera, który musi zrobić rachunek sumienia, bo tego wymaga terapia/bo kończy życie i chce załatwić kilka spraw/bo dowiaduje się, że ma dorosłe dziecko. Tak właśnie było w przypadku Dona Johnstona (Bill Murray), który niegdyś prowadził bardzo hulaszczy tryb życia. Właściwie nie, właściwie on go ciągle prowadzi. Uwodziciel, do tego zamożny – kobiety same pchają mu się w ramiona. Co prawda odchodzą, ale na wolne miejsce szybko znajduje się kolejna chętna. Bez żadnych niespodzianek. I wydawać by się mogło, że to wokół tego tematu będzie krążyć fabuła, a tu klops. Niespodzianka jednak jest. Jest nią różowa koperta, w której znalazł się list do Dona. „Drogi Donie, blablabla, masz syna, który Cię szuka blablabla i tyle. Początkowo nasz bohater ma ochotę zmiętolić te różowe kawałki papieru i zapomnieć o całej sprawie, ale jego przyjaciel, Winston (Jeffrey Wright) namawia go do dochodzenia. Johnston niechętnie, ale wreszcie robi rachunek sumienia. Jest on w formie listy kobiet, które „pojawiły” się w życiu Dona i które hipotetycznie mogą być matkami jego syna. Cztery panie. Kilka „poszlak” ukrytych w różowej kopercie: kolor tuszu, znaczek, charakter pisma. Tyle. Podrywacz wsiada w samochód i zaczyna podróż w nieznane. Co się zmieni, gdy stanie twarzą w twarz z matką swojego dziecka? Co się stanie, gdy stanie twarzą w twarz z dzieckiem, dorosłym dzieckiem, którego dopiero teraz pozna? Odważy się? Przyjmie to na klatę, czy może czmychnie, w obawie przed własną historią?
Przyznam szczerze, że moje nadzieje były ogromne. Znam potencjał Billa, który z każdego filmu jest w stanie zrobić petardę. Nawet gdy gra bohatera znudzonego życiem, zmanierowanego i cynicznego – to i tak jest w tym dużo zawadiackiego humoru i wiele ukrytych metafor dotyczących bytu. Tym razem na „nadziejach” się skończyło. Nie zrozumcie mnie źle – Bill jest tu nadal świetny, ale sama fabuła mnie wykończyła i wymęczyła. Ni to obyczaj, ni lightowy dramat, ale z komedią to nie ma wiele wspólnego. Dość ciężki, mocno gorzki film, który zaczyna się, potem pełznie, a potem kończy – ot tak. Główny bohater jest niestety nijaki. Jego partnerki, które po kolei odwiedza, są za to bardzo jakieś. Jedna ma córkę, która nie bez powodu nosi imię „Lolita”, inna żyje w jakieś szklanej, perfekcyjnej kuli, kolejna „rozmawia” ze zwierzętami, a ta ostatnia – no o niej to ciężko cokolwiek powiedzieć, poza tym, że wydaje się zadziorną, ale skrzywdzoną (przez Dona, a jakże) kobietą.
Dla mnie „Broken flowers” to „Duży niedosyt”. Smętne dzieło, które sili się na zabawno-moralizujące. Gdzieś tam w tle pojawia się „odpowiedzialność”, „refleksja”, ale to film na raz i zdecydowanie – nie poleciłabym go.
