ONA:
Eeee, „Stażyści” to komedia, tak? Ciekawe kurde w którym miejscu. Załóżmy, że o „komedii” możemy mówić wtedy, kiedy minimum 3 razy zaśmialiśmy się i gdy generalnie przez cały czas trwania danego filmu jest nam wesoło. „Komedią” absolutnie nie można nazwać przeciętnego obyczaju, podczas oglądania którego zastanawiasz się czy nie jesteś zbyt inteligenty na tego typu kino, bo ono może niektóre osoby bawi i śmieszy, a Ty patrzysz w ekran z politowaniem, bo Ciebie niestety nie. Moim zdaniem „Stażyści” są właśnie takim dziełem. Plus po raz kolejny zapomniałam o tym, że nie powinnam oglądać produkcji z Owenem Wilsonem.
Billy (Vince Vaughn) i Nick (Owen Wilson) są starymi wyjadaczami w branży handlowej. Mają gadane, mają pomysły, ale są oldschoolowi i nie do końca odnajdują się w nowym świecie i rzeczywistości. Ciągle im się wydaje, że nie muszą pędzić, bo to, co oni potrafią, to jak znają rynek – wystarcza. Otóż – nie wystarcza. Panowie z dnia na dzień wylatują z pracy, a znalezienie nowej wcale nie jest takie proste. Wtem pojawia się myśl dzika, która ma im zagwarantować nowy, lepszy start. Ich całe siły skierowane są teraz do przestrzeni, bez której nie da się teraz funkcjonować. Billy i Nick chcą dostać się na staż do Google. Już sama rozmowa kwalifikacyjna nie należała do zbyt prostych i obnażyła całkowicie brak znajomości tematu, ale panowie są dziarscy, charyzmatyczni i ktoś na nich postawił. Razem z grupą innych stażystów, od których są starsi o minimum dwie dekady, i którzy są postępowo jakieś 2 dekady przed nimi, zaczynają walkę o ciepłe posadki w jednej z najsłynniejszych korpo na świecie. Oczywiście, sami trafiają do grupy z samymi „dziwolągami”, a dowodzi nimi aspołeczny nerd pierwszej klasy. Na tle pozostałych wypadają średnio. Mają do wyboru dwie drogi: albo poddadzą się na starcie, albo podniosą rękawicę i zrobią wszystko, by to właśnie im się udało. Dosyć kluczową rolę ma tu oczywiście nasz duet, który już w „Polowaniu na druhny” udowodnił, że zupełnie omyłkowo nazywa się ich „zabawnymi”. Vaughn to jeszcze może, ale Wilson?
„Stażyści” to odrealniona na maksa pozycja, która daje wątpliwą nadzieję, że „Może mi też się uda?” Nie, nie uda. To fikcja. Nierzeczywistość i błahość tej produkcji doprowadza do bólu zębów i co najmniej migreny. Zanim na dobre film się rozkręci, my już wiemy kto z kim, dlaczego i po co oraz jaki będzie finał. Zerowe zaskoczenie, żałosny „humor”, który bazuje wyłącznie na analfabetyzmie technologicznym. Film dla mas, zresztą Shawb Levy słynie z takiego kina.
Podsumowując: nie.
ON:
„Stażysci” są najdłuższą reklamą, jaką przyszło mi obejrzeć. Nie mogę napisać inaczej o filmie, w którym logo Google przewija się przed naszymi oczami przez 80% seansu. Na dodatek w tej kinowej reklamie gra jeden z najsłabszych aktorów komediowych, jakich nosi ziemia, a mianowicie Owen Wilson. Koleś ma aparycję kmiota i gra jak kmiot, a filmy, w których się pojawia, nie są wcale śmieszne lub śmieszne są, a on to zabija.
Nie wiem, dlaczego, ale go nie lubię. Może to jego nos jak kartofel, może mina zbitego psa, a może gra aktorska ciut lepsza od gry Szyca w „Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną”. Staram się unikać produkcji, w których się pojawia, ale czasem na chama wpychają go do filmów i nijak nie można się go pozbyć. Nie wiem, może on ma kontrakt, który zapewnia mu rolę w co trzeciej komedii nakręconej w Hollywood? Jego ekranowym partnerem jest Vince Voughn, który też nie jest wyjątkowo śmieszny, ale na pewno lepszy z niego aktor, niż ze wspomnianego kalafiora Wilsona.
Ci dwaj panowie wcielają się w Billy’ego i Nicka, którzy na co dzień są dość przeciętnymi handlowcami. Ich problemem jest między innymi ich wiek, oraz totalna analogowość. Kolesie zatrzymali się w latach 90-tych, szczytem ich umiejętności technologicznych jest zaprogramowanie mikrofali i wybranie kasy z bankomatu. Tak się wyjątkowo dzieje, że obaj tracą pracę. Mając już kilka wiosen na karku, nie mają zbyt wiele ofert pracy, a wiadomo rachunki się same nie popłacą. Mając nóż na karku postanawiają zapisać się na staż w “Googlu”. Na miejscu okazuje się, że potentat internetowy, to wymarzone miejsce pracy. Siedzibą jest nowoczesny kompleks ze zjeżdżalnią, pufami, darmową kafeterią i całą masą atrakcji, które pokocha każdy pracownik.
Bohaterowie dość szybko zauważą, że są średnio dwa razy starsi od pomykających po kompleksie pracowników i stażystów, ale pod amerykańską flagą nie może być nietolerancji i dyskryminacji. Bezrobotne parówy mają takie same szanse i możliwości, jak wredny Hindus oceniający projekty. No właśnie projekty – to od nich zależało będzie czy grupa, do której należą Billy i Nick, otrzyma wymarzoną pracę. Będzie dużo stresu, wpadek, głupich błędów i cholernie mało śmiechu. Gdzieś w tej komedii zapomniano o najważniejszym jej składniku, czyli humorze.
Film miał bazować na męskiej przyjaźni, pokazać, że faceci się wspierają i będą za sobą w każdej sytuacji. Miało być śmiesznie, a wyszła reklamówka Googla. Reklamówka średnia i raczej zniechęcająca do seansu. Można sobie odpuścić.
