ONA:

Will Smith to aktor wspaniały. Lubię go, poważnie. Ale z jednym warunkiem: jeśli się nie opluwa i zapowietrza. Lubię go w „Dniu Niepodległości” i w serii MIB. Jest niezbyt wielu aktorów „komediowych”, którym udało się zrzucić jarzmo tego gatunku i zagrać w czymś poważniejszym. Matthew McConaughey jeszcze kilka lat temu grał w samych durnych komediach romantycznych. Sandra Bullock była synonimem rżenia i durnego humoru i ja ją taką kocham najbardziej. Ale oni potrafią wspiąć się na wyżyny własnego aktorstwa i zagrać – a jakże – dramatycznie.

Will Smith moim zdaniem nie dorasta im do pięt. On po prostu nie ma warsztatu. Wygłupia się przednio. Eddie Murphy ma spadkobiercę. Ale dramatycznie? No cóż, jest dramatycznie. Ale dlaczego o tym piszę. Will zapowietrzył się z powodu #OscarsSoWhite. Zapowiedział bojkot. Obraził się, nie przyszedł. Ze sceny wyśmiał go i jego żonę nawet prowadzący. Panie Smith, nie pomyślał pan, że wycieranie się rasą, kolorem skóry i innymi rzeczami, to jedno, a talent i umiejętności – to drugie?

No ale miało być o filmie. „Wstrząs” to całkiem sympatyczny dramat sportowy, który mocno polizał prawdziwe wydarzenia, kiedy to okazało się, że nie zawsze sport jest zdrowiem.

Dr Bennett Omalu (Will Smith) – neuropatolog, podczas swojej rutynowej pracy, odkrył coś, co wstrząsnęło światem sportu, szczególnie tych mocno kontaktowych dyscyplin. Mikrourazy, które przecież zdarzały się podczas każdego meczu, całkiem możliwe, że wpływają na to, że po czasie zawodnicy zaczynają zachowywać się dziwnie i bardzo często odbierają sobie życie. Odkrycie to sprawiło, że jeden lekarz stanął przeciwko całemu NFL. Z miejsca stał się czarną owcą. Kpiono z niego. Z jego umiejętności, pochodzenia i oczywiście z rewelacji, które próbował za wszelką cenę udowodnić.

Film jest bardzo ciekawy. Co prawda nie zaskakuje, no chyba, że kogoś dziwią jeszcze układy i układziki, konsorcja, korporacje i całe przemysły, nakręcające się na wielkie pieniądze, ze świtą lobbystów, przepychających swoje cele i założenia, ale i tak fabuła to największy plus tego dzieła. Peter Landesman – reżyser i scenarzysta, odwalił kawał dobrej roboty, tylko średnio udało mu się dobrać aktorów. Will Smith wyszedł niestety – skrajnie sztywno. Doklejony akcent, słaba dramaturgia, zero umiejętności skupiania na sobie uwagi. Alec Baldwin, który grał gdzieś sobie w tle, dużo lepiej wyszedł z tego zadania.

Niemniej film ciekawy. Fanom kina „sportowego” i biograficznego powinien siąść. Raz – można.

ON:

Will Smith to dla mnie zawsze był i będzie „The Fresh Prince of Bel-Air”. Uwielbiałem ten serial i potrafi mnie on bawić do dziś. Jego gra aktorska nie jest zła, ale niestety – zaszufladkowałem go i przez to ciężko mi się ogląda z nim filmy inne niż komedie.

Zmieniło się to trochę po „Wstrząsie”. To bardzo doby film, który pokazuje nie tylko świetny warsztat reżysera i scenarzysty Petera Landesmana, ale także całkiem dobrze radzącego sobie w roli innej niż komediowa Willa Smitha. Opowiedziana w trwającym ponad dwie godziny obrazie historia nie tylko wciąga, ale także potrafi trzymać w napięciu pomimo tego, że nie jest to kino akcji. Smith dwoi się i troi, aby jego postać była wyrazista i prawdziwa. Właśnie ta autentyczność powoduje, że film nie nudzi.

Na pewno nie jest to dzieło, do którego będziemy wracać, a za kilka lat wyląduje wśród innych podobnych mu filmów, które chociaż są dobre, to odchodzą w zapomnienie. Pewnie z tego też powodu „Wstrząs” nie znalazł się na tegorocznej liście oscarowych laureatów. Uważam, że pomimo tego warto poświęcić dwie godziny na seans, nawet jeśli nie jest się fanem amerykańskiego footballu. Warto jeszcze zwrócić uwagę na epizodyczną rolę Davisa Morse’a, który wcielił się z szalonego gracza NFL, który sięgnął dna. Jest on naprawdę przejmujący.