ONA:

„Obyczaje to najnudniejsze filmy, jakie kiedykolwiek zrobiono” – rzekłam. Są po prostu nudne. Czasem bronią się fajną oprawą muzyczną, czasem klimatyczną scenerią, czasami nawet obsadą, ale dla mnie i tak są o wiele nędzniejszą kopią dramatów i na ogół wieją sandałem. Czy „Kroniki portowe” w reżyserii Lasse’a Hallströma będą inne?

Quoyle (Kevin Spacey) jest nietypowym człowiekiem. Ja tu dopatruję się jakieś formy autyzmu, ale to takie tam moje małe zboczenie zawodowe. Dzieciństwo miał ciężkie, a w dorosłym życiu okazał się dość nieudaczny. I wtedy wpadł między uda kobiety-modliszki. Tak, Petal Bear (Cate Blanchett) to „zła kobieta”. W jej rękach Quoyle był bezbronny, ale jakimś cudem udało się im założyć coś na kształt rodziny. Nie, nie była to rodzina „poprawna”, ale dorobili się córki. I wtedy rozgrywa się tragedia. Petal ginie w wypadku samochodowym, uprzednio „sprzedając” dziecko do nielegalnej adopcji. Na szczęście Quoyle odzyskuje małą i wraz ze siostrą swojego nieżyjącego ojca – Agnis (Judi Dench) wyruszają do Nowej Funlandii (musiałam sobie pogooglić gdzie to jest i szczerze powiedziawszy – przydałyby mi się tam wakacje). Najwyższy czas zacząć wszystko od nowa. Zapomnieć o przeszłości i zacząć pracować nad przyszłością. Stary dom, który skrywa niejedną tajemnicę z przeszłości, jest zupełnie jak ta trójka – wymaga generalnego remontu, bo czegokolwiek nie dotkniesz, zaczyna się sypać i rozpadać. Czas zatrzymać puszczoną przed laty, rozpędzoną spiralę, która dawała tylko cierpienie. Czas iść do przodu…

We wstępie napisałam, że obyczaje są nudne, ale czasem bronią się muzyką, scenerią i obsadą. I właśnie takim filmem są „Kroniki portowe”. Nuda. Nuda przestraszna. Fajnie było zobaczyć Blanchet w takiej roli, fajnie było poczuć surowy klimat Nowej Funlandii, a wszystko zostało dopieszczone dobrze brzmiącą muzyką, tylko przez ponad 100 minut mamy do czynienia z mdłą mamałygą. Im bardziej główny bohater odżywiał, tym bardziej ja byłam zmęczona. Podejrzewam, że całe to dzieło ma być metaforyczne, pokazujące i kruchość, i siłę człowieka oraz jego różne oblicza. Całkiem możliwe, że jest to również film o przekraczaniu samego siebie,  ciągłej walce i swoje miejsce na świecie. W pewnym momencie o wiele bardziej skupiałam się na krajobrazie nowofunlandzkim i o tym jak fajnie byłoby zaszyć się w jednym z przybrzeżnych domów, z bez dostępu do sieci telefonicznej, bez netu, za to ze świętym spokojem i ciepłym kocem, niż na samej fabule. Gdy pojawiła się kolejna bohaterka, grana przez Julianne Moore, to już wiedziałam wszystko… Może gdyby na końcu był jakiś nagły zwrot akcji, to film stałby się o wiele bardziej zjadliwy? Tymczasem jest bardzo oczywisty i przy tym totalnie poprawny.

I teraz mam napisać podsumowanie, tak? Ani to złe kino, ani dobre. Ani nie wywróci Waszego życia do góry nogami, ani nie umrzecie po seansie. Właściwie to ech.

ON:

„Kroniki Portowe” są magiczne. Spokojna opowieść o życiu, mrocznych sekretach z przeszłości oraz miłości jest przeciwieństwem surowego klimatu Nowej Fundlandii, gdzie umiejscowiona jest historia z książki Annie Proulx. Filmowa adaptacja Lesse Hallströma doprawiona jest szczyptą irlandzkiej muzyki oraz wypłowiałymi kadrami rodem ze starych albumów. Całość jest trochę jak gorąca zupa rybna, którą możemy zjeść w nadmorskiej restauracyjce. Smakowita, pachnie oceanem, a czasami szczypta ostrych przypraw, mocno zagrzeje nasze wnętrze. Myślę, że potrzeba było mi takiej zupy, bowiem wyjątkowo rozsmakowałem się w „Kronikach”.

Hallström nie ukrywa, że jego „dziecko” jest mocno związane z oceanem, z wodą. Już w pierwszych scenach, gdy widzimy młodego, topiącego się Quoyle’a, który jest także narratorem, zdamy sobie sprawę, że woda jest żywiołem mającym ogromny wpływ na losy bohaterów, szczególnie gdy mieszkają oni nad brzegiem oceanu.

Quoyle stwierdza, że jego życie było pasmem porażek. Brak wsparcia ze strony rodziców, praca, nieprzynosząca satysfakcji i wreszcie przypadkowa dziewczyna, która została jego partnerką. Z tego związku na świat przychodzi córka – Bunny. Dziewczę, którym od początku opiekował się ojciec. Matka dość szybko po porodzie poszła w tany i zaczęła spotykać się z nowymi facetami. Dochodzi do sytuacji, w której porywa własną córkę i sprzedaje ją na czarnym rynku adopcyjnym, a sama jeszcze tego samego dnia gnie w wypadku samochodowym. Kilka dni wcześniej umierają matka i ojciec Quoyle’a. Aby tego wszystkiego było mało niespodziewanie, w domu pojawia się Agnis – ciotka bohatera. Przyjechała tylko na chwilę, aby oddać hołd zmarłemu bratu. Ta wizyta przynosi jednak więcej pożytku, niż szkody, bowiem starsza kobieta przekonuje Quoyle’a aby przeprowadził się wraz z córką do Nowej Fundlandii, do domu, z którego pochodzi ich rodzina. Pewien rozdział życia został właśnie zamknięty.

Na miejscu okazuje się że mający swoje lata dom jest kompletną, nadającą się do kapitalnego remontu, ruderą. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Kolejnego dnia mężczyzna jedzie do pobliskiej portowej mieściny, gdzie stara się o pracę w lokalnej gazecie, w tytułowych „Kronikach Portowych”. Jego doświadczenie jako dziennikarza jest znikome, jedyne co robił do tej pory to pracował w drukarni, co daje mu jakąś styczność z prasą. Kolejne tematy, które opisuje, kolejne osoby, które spotyka, miejsca i historie, których wysłucha, nakreślą mu jak wygląda lokalna, mała społeczność, a on sam przy okazji znajdzie swoje korzenie.

Niestety, nie zawsze grzebanie w przeszłości jest dobrym rozwiązaniem. Czasem tajemnice zakopane głęboko pod kamieniem, powinny tam na zawsze pozostać. Ważne jest także abyśmy zdawali sobie sprawę z tego, że stare budynki i nie tknięte przez lata miejsca potrafią przyciągać istoty i zjawiska, których nie potrafimy wyjaśnić.

„Kroniki Portowe” są wyjątkowym dziełem, spokojnym, zmuszającym do refleksji. Powodują, że chcemy zamieszkać w Nowej Fundlandii, gdzie czas płynie inaczej, ludzie są bardziej ludzcy, a przyroda surowa.