ON:
Lubuję się we wszelakim kinie z kosmitami. Zaczynając na “Alienach”, a kończąc na “Kowbojach i obcych”. Podobnie jest z grami. Uwielbiam tytuły takie, jak “XCOM“, czy “Mass Effect“, ale nie gardzę i produkcjami pokroju “Battle: Los Angeles”. Dlaczego gram w takie gnioty? Bo lubię, bo mają aczki, bo później mogę się nad nimi popastwić.
“Battle: Los Angeles” to film o inwazji na naszą kochaną Ziemię, którą jak zwykle ratują amerykańscy marines. Dzieło kinowe dało się obejrzeć i nie powodowało, że dostaniemy udaru, a to już duży plus. Ktoś postanowił, że na licencji filmu stworzy grę, pierwszoosobowego shootera, który nawiązuje do kinowego obrazu. Tytuł pojawił się na rynku Xbox Live Arcade oraz na PlayStation Network. Podobno do tej pory sprzedał się w ilości około 60-ciu tysięcy egzemplarzy, co jest smutnym wynikiem. Więcej razy wrzucili Polanie do koszyka pierwszego “Snipera“, a może i „Maluch Racera”. Nie ma się co dziwić, jeśli średnia ocen “Battle: LS” oscyluje w granicach 4/10.
Gra jest mega krótka. Jej ukończenie zajmuje przeciętnemu graczowi około 2 godzin. Aby wydłużyć rozgrywkę twórcy dali nam trzy poziomy trudności, a każdy z nich musi zostać odblokowany oddzielnie (to info dla zbierających achievementy). Czyli na upartego możemy liczyć, iż mamy 6 godzin zabawy. Maleńko.
Na początku wcielamy się w jednego z marines, który wraz z oddziałem musi przedrzeć się przez zaatakowane przez kosmitów Los Angeles. Po drodze będziemy wykonywać kolejne zadania. Czeka nas ratowanie cywili, niszczenie pojazdów obcych, czy strategicznych punktów, które mogą ułatwić nieprzyjacielowi inwazję. Do eksterminacji obcych dostaniemy do łapy kilka rodzajów broni. Jest pistolet, karabin, strzelba, wyrzutnia rakiet i granaty. O! Zapomniałem jeszcze o karabinie snajperskim. Nie możemy oczywiście taszczyć wszystkiego naraz, bo by było za prosto.
Przemierzamy więc ulice LA. Strzelamy do kosmitów, których są dwa rodzaje. Zwykłe jednostki naziemne i latające pojazdy. Na końcu jeszcze dochodzi jeden budynek/pojazd obcych, który także puścimy z dymem. Wszystko w akompaniamencie średniej jakości efektów dźwiękowych i muzyki, okraszone słabiutką grafiką i zbudowane na skryptach, które aż wyciekają z ekranu. Podczas przechodzenia gry drugi raz, dokładnie wiedziałem gdzie i kiedy pojawią się przeciwnicy. Wraz ze wzrostem poziomu nie zmienia się nic poza tym, że możemy przyjąć na klatę mniej pocisków nieprzyjaciela.
Gra na tle konkurencji bazującej na filmowych licencjach wypada bardzo blado. Już “Battleship“, który opisywałem jakiś czas temu był lepszy, ba w porównaniu z “B:LA” jest wyjątkowo dobry i rozbudowany. Nie wiem po co powstają takie produkcje. Zastanawiam się dlaczego ktoś wyciąga kasę na tytuły, które są słabe i z góry wiadomo, że się nie sprzedadzą. W chwili obecnej “Battle: Los Angeles” kosztuje około 30zł, co jest stanowczo za dużo. Czasami pojawia się na promocji za połowę tej ceny i wtedy mogą go kupić tylko łowcy aczków, inni niech sobie darują.
