ONA:
Życie w małej miejscowości zupełnie pozbawia i obdziera z prywatności. Wszyscy wszystkich znają, wiedzą co się u kogo dzieje, a jak nawet nie wiedzą, to dopowiadają sobie ciąg dalszy historii. A jeśli w takiej dziurze pojawi się coś „alternatywnego”, to dopiero jest na językach, bowiem „spokój” i harmonia zostają lekko wstrząśnięte.
Tak też właśnie stało się w pewnej miejscowości w Nowej Anglii. Wszyscy żyli tam sobie spokojnie, wręcz nudno. Każdy robił co miał robić i tyle. W ten koloryt lokalny już dawno temu wpisały się trzy przyjaciółki: Alexandra (Cher), Jane (Susan Sarandon) i Sukie (Michelle Pfeiffer). Każda z nich żyje bez mężczyzny. Ale mają siebie, mają swoje pasje i „jakoś tam” sobie żyją, skrycie jednak marząc o jakimś 36,6 u boku. I wtedy pojawia się on: tajemniczy, bogaty, inteligentny i ekscentryczny Daryl Van Horne (Jack Nicholson). Och, co on potrafi! Dotyka tych najczulszych, najwrażliwszych miejsc naszych bohaterek, uwodząc je totalnie. A one topią się pod jego palcami jak kawałki masła, wręcz skwierczą! Bo wiecie, musicie o czymś wiedzieć… Daryl nie jest takim zwykłym facetem. Van Horne ma „magiczne” moce i całkiem niezłą różdżkę… Cała trójka nawiązuje romans z nowo przybyłym mieszkańcem i żyją sobie razem, we czwórkę, co oczywiście budzi zgorszenie wśród pozostałych. W kobietach widzą dziwki i ladacznice, a w Darylu – zło wcielone. Tylko jedna z mieszkanek widzi w tym wszystkim coś więcej, niż hedonistyczną orgię… Ona już dawno rozpracowała Van Horne’a, tylko problem jest taki, że wszyscy myślą, że postradała zmysły.
„Czarownice z Eastwick” to film, który jest praktycznie moim rówieśnikiem. I przyznam się, że musiałam „dojrzeć” do niego. Te kilka lat temu było ot, intrygującą opowieścią, która burzyła zastany porządek. Dziś wiem, że to historia dużo głębsza, czego paradoksalnie nie widać. Bo kim jest czarownica? Kim jest wiedźma? Od wieków wciskają nam, że to złe kobiety były, bo zawsze stały w kontrze do przyjętych zasad. Interesowała je nauka i medycyna, interesował je seks i czerpanie z niego przyjemności, pokonywały niejednego faceta intelektem i bystrością umysłu, będąc w ten sposób zagrożeniem dla władzy, która przecież zawsze była powiązana z mężczyznami. W cenie zawsze były niewiasty – grzeczne, pokorne, nieśmiałe. Wiedźmy były złe. Tak po prostu. Bo radziły sobie, bo czytały, bo podróżowały. A teraz spójrzcie na te dwa wyrazy: wiedźma i niewiasta. Wiedźma wie, ma wiedzę. Niewiasta… cóż…
Abstrahując od moich kulturowych wywodów – ta czarna, nieco mroczna komedia George’a Millera jest po prostu świetnym filmem, który przetrwał przez lata bez uszczerbku. Okej, pewnie w dzisiejszych czasach były pod względem efektów bardziej dopracowany, ale to przecież wyłącznie dodatek. Mamy tu trzy genialne aktorki, które świetnie weszły w swoje role, mamy Nicholsona, który „jest tylko małym, napalonym diabełkiem”. Strasznie podobała mi się w tym filmie muzyka, łącząca się w sposób zachwycający z tym, co działo się na ekranie. Mamy tu trochę humoru, trochę niepoprawności. To dzieło jest totalnie zmysłowe, jakbyśmy uczestniczyli we współczesnych dionizjach! Mamy tu dużo symboli i metafor, które zgrabnie wplecione są w zwykłe, spokojne życie.
I teraz pytanie: czy dla dobrego seksu można wejść w pakt z samym szatanem?
