Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Guardians of the Galaxy

ON:

Jest taki podgatunek sci-fi zwany „space opera”. Pokochają go wszyscy ci, którzy uwielbiają przygody, strzelaniny, miłostki i romanse oraz spuszczanie łomotu jednemu, jedynemu złemu. Książki i filmy z tego gatunku mają to do siebie, że przeważnie „zjada się je” na raz. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem trailer do „Guardians of the Galaxy”, nie spodziewałem się, że film ten tak idealnie wpasuje się w ramy „opery”. Po dwugodzinnym seansie mogę powiedzieć, że znalazłem nowych ulubionych bohaterów, których przygody chętnie bym znów obejrzał. Obudziło się we mnie dziecko, które wiele lat temu leżało w ciemnym pokoju i przed snem wyobrażało sobie, że z blasterem w ręce uwalnia galaktykę od potworów.

Jest koniec lat 80-tych. Peter Quill siedzi na krześle i słucha walkmana. W odtwarzaczu kaseta „Awesome MIX vol. 1”, w słuchawkach „I’m not in Love” 10cc. Chłopiec nie ma zbyt wesołej miny, zaś jego twarzyczkę przyozdabia świeże limo. Po chwili okazuje się, że siedzi on na korytarzu szpitala, a w sali naprzeciw na łożu śmierci leży jego mama. Ostatnie pożegnanie musiało nadejść, bowiem rak wygrał z młodą kobietą. Niestety, emocje wygrały i zrozpaczony dzieciak wybiega ze szpitala. Kilkanaście metrów od budynku pada na bruk i wypłakuje swoje troski. Może być gorzej? Może. Petera uprowadzają kosmici. Brzmi to groteskowo? I tak właśnie ma brzmieć, to space opera!

Mija dwadzieścia kilka lat. Na odległej, zapomnianej przez boga planecie, pojawia się nieznajomy, który przemierza ruiny prastarej cywilizacji. Gdy dociera do zniszczonych budynków zdejmuje ochraniający twarz hełm i zakłada słuchawki od walkmana. W środku znajduje się kaseta „Awesome MIX vol. 1”. Peterowi się trochę urosło. Przy akompaniamencie „Come and Get Your Love” chłopak, a właściwie młody mężczyzna, przetańcza się przez budynek, przy okazji wykorzystując kosmicznego szczura jako mikrofon do jego wokalnych popisów. W końcu znajduje pomieszczenie, na którym mu zależało, a w nim prastary artefakt. W tym samym czasie na planecie pojawia się ekipa „tych złych”. Dość szybko zostają rozdane karty, a my dowiadujemy się, kto jest kim w tym kosmicznym spektaklu. W tej chwili znajdowalibyśmy się na jakiejś 25 stronie książki. Przed nami jeszcze około 500. Dość powiedzieć, że chłopak wychował się w towarzystwie kosmicznych zabijaków. Umie o siebie zadbać, wie jak się bić i co podwędzić. Jest opryszkiem, złodziejem, łgarzem i babiarzem, czyli ma wszelkie cechy, aby go kochać. Peter to każdy z nas, facetów. To właśnie takimi Peterami byliśmy w naszych snach i w głowach, marząc wieczorem do poduszki.

Unikając spojlerów powiem tylko tyle: w Galaktyce dzieje się źle. Okazuje się, że uratować ją może ekipa złożona z Petera, gadającego szopa – łowcy nagród i jego kumpla gadającego drzewa, wyszkolonej zabójczyni i mającego problemy z myśleniem mięśniaka. Wiecie jak to jest jak wsadzicie do jednego statku kosmicznego pięć osób w tym szopa, może zdarzyć się wszystko. I właśnie „wszystko” dzieje się na ekranie. Wybuchy, strzały, mordobicie i taniec, pocałunki i bratobójcze walki. Będzie czas na sarkazm i czas na łzy. Peter jest postacią zajebiście pasującą do kosmicznych wojaży. Jego terańskie korzenie sięgające lat 80-tych pozwalają mu na wrzucenie w twardą sci-fi odrobiny „ludzkiego” pierwiastka. To także bohater, który nie ma supermocy – to koleś z krwi i kości. No chyba, że do spupermocy zaliczamy posiadanie w teamie szopa zabijaki (genialny voice acting Bradley’a Coopera).

„Guardians of the Galaxy” to kino lekkie i przyjemne, które wchodzi jak zimne piwo w gorące dni. To powrót do korzeni gatunku, klasyki, która pojawiła się wiele lat temu, i o której z czasem zapominamy. Też chcę być Star Lordem!

ONA:

– Więc to film sci-fi, w którym jest dużo akcji i całkiem niezły humor? – zapytałam Dejwa, kiedy byliśmy mniej więcej w połowie drogi do kina. Bardzo dziwiło mnie to, że odkąd zgodziłam się na wspólny seans, on co chwilę podpytywał, że aby na pewno chcę iść z nim na TĘ produkcję do kina. Właściwie dlaczego nie. Przecież to dzieło ze stajni Marvela, który robi moje ulubione superbohaterskie filmy. Co prawda nadal twierdzę, że sci-fi i wszelkie temu podobne formy zupełnie do mnie nie trafiają, ale „Star Wars” nigdy nie odmówię, a i Dejw systematycznie „zmusza” mnie do oglądania kolejnych tego typu dzieł, zachęcając „Spodoba Ci się!”. I na ogół tak właśnie jest. W przypadku „Strażników Galaktyki” najbardziej zachęcał mnie mimo wszystko pomysł i humor. A jak było?

No przyznam się szczerze – ten film jest mocno sci-fi i dla mnie, osoby, która średnio przepada za takimi pozycjami, był momentami ciężki. Za dużo sci-fi w sci-fi, rozumiecie? Ale to tylko moje zdanie, bo za każdym razem, kiedy zerkałam w stronę mojej gorszej połowy, widziałam jego rozanielenie, które mieszało się z absolutnym wciągnięciem i podnieceniem. Czyli – film pod tym względem jest całkiem okej. Jak z resztą? Przyznam się szczerze – jest rewelacyjnie!!! Cała historia zaczyna się dość dramatycznie. Mamy 1988 rok, a w szpitalnej poczekalni na krześle siedzi mały chłopiec i słucha muzyki przez walkmana. Potem pojawia się jakiś starszy pan i już wiemy, że będzie ciężko. Mama naszego brzdąca jest chora. Rurki w ciele, łysa głowa, cienie pod oczami i grono osób, czuwających przy jej łóżku. Tak, umiera. Tak, przyszedł ten czas, kiedy matka i syn muszą się pożegnać. Tak, już wtedy miałam ochotę rozryczeć się totalnie. I kiedy kobieta już nie żyje, zrozpaczony malec wybiega ze szpitala. Pod osłoną nocy szlocha, jest zrozpaczony. I wtedy ciemność pochłonięta zostaje przez strugę światła niewiadomego pochodzenia. Chłopiec zostaje „uprowadzony” przez niezidentyfikowany obiekt latający… Mijają lata. Z naszego berbecia wyrasta całkiem niezłe ciacho. Peter Quill (Chris Pratt) już nigdy nie powrócił na zieloną planetę. Gdzieś w galaktyce zaczął żyć w miarę normalnie. Co prawda jego praca daleka była od szlachetnej, ale załóżmy, że jest ok. Właśnie otrzymał zlecenie, by zdobyć pewną kulę… A potem jest już z górki. Okazuje się, że nie tylko on chce ją zdobyć. Zatem, skoro chętnych jest więcej, nie jest to pierwsza, lepsza kulka. Oczywiście sprawy muszą się diametralnie skomplikować, ale u boku Petera staje „załoga”: Gamora (Zoe Saldana), która zdradziła tego złego i teraz pragnie ocalić świat, Drax, który marzy o zemście, Groot (głos Vin Diesela) – czyli takie drzewko, ale bardzo sympatyczne i urocze, a całą bandę uzupełnia szop. Tak, szop. Rocket (głos Bradley’a Coopera), który jest wynikiem modyfikacji genetycznych i jest najbardziej ludzkim szopem (albo najbardziej szopowatym człowiekiem – jedno z dwóch). Ta czwórka staje ramię w ramię, by pokonać Ronana (Lee Pace), któremu marzy się rozpierdzielenie w piach całej galaktyki.

Zacznę od minusów, a znalazłam cały jeden. Po raz kolejny twórcy robią ukłon w stronę widza młodszego, obcinając z filmu wszystkie smaczki, w postaci przekleństw i brutalności. Nie nazwałabym tego dzieła „familijnym”, ale bardziej młodzieżowym. Gdyby podnieść nieco kategorię wiekową, dostalibyśmy bardzo pikantny i niepoprawny humor, który zachwycałby drapieżnością. Tak – jest trochę infantylnie. Po prostu średnio sobie wyobrażam, że podczas napierdzielania się z wrogiem, nie pada żadne przekleństwo, nikt nikomu nie ubliża itp. To jedyny minus tego dzieła. Reszta jest bowiem SPEKTAKULARNA!!! „Strażnicy galaktyki” to film, który jest po prostu świetny. Ma rewelacyjną dynamikę, kapitalny humor, a pomysł, żeby z takich składaków zrobić bohaterów, jest wprost genialny. Oczywiście, moje serce natychmiast skradł szop, drzewo i blondasek, bo ci bohaterowie byli najbardziej charakterni. Cięty dowcip, sporo szydery, a to wszystko wkomponowane w mega rozpierduchę (rewelacyjnie zrobioną, swoją drogą). I już na koniec dodam, że ten film ma jeszcze jedną, ogromną zaletę. Muzykę. Totalnie moją!!! No i Cooper i Diesel mają tu role życia, poważnie.

„Strażnicy galaktyki” to taki trochę hołd dla tych wszystkich ponadczasowych filmów spod szyldu sci-fi. Jest w nim wszystko to, co być powinno. Jest akcja, jest dynamika, są świetni bohaterowie, no i historia też jest. Czuję po kościach, że będzie to film tych wakacji, a za jakieś 2 lata po Strażnicy powrócą.

Idźcie na to dzieło do kina. Warto!

A soundtrack’u możecie posłuchać tu!