ONA:
Pisałam to już wielokrotnie – nie znoszę polskiego kina. Miałam kiedyś fazę na rodzime komedie, ale one skończyły się na „Testosteronie”. Każda kolejna była nędzna i żałosna, a czarę goryczy (i obrzydzenia) przelała Katarzyna Figura w stroju dominy. Ale od czasu do czasu łamię się i oglądam kolejną, polską produkcję, mając nadzieję, że może tym razem trafię na film, który z czystym sumieniem będę mogła polecić. Niestety, dziś znowu gniotek, który „furorę” zrobił wyłącznie z powodu tematu. Bo wiadomo, seks i kościół zawsze fpytke!
Małgorzata Szumowska wiedziała co zrobić, by sprzedać swój film. Promocja była nagłośniona do granic przyzwoitości. Wszystko, zaczynając od fabuły, na tytule skończywszy, miało skupić uwagę mediów. Ba, nawet Andrzej Chyra w roli księdza z ciągotami homoseksualnymi, dobrany został mam wrażenie tylko i wyłącznie po to, żeby było głośno. Ale po kolei. Mamy jakąś małą, zabitą dechami wiochę, w której nie ma zupełnie perspektyw. W tej miejscowości od jakiegoś czasu stacjonuje ksiądz Adam (A. Chyra), który razem z Michałem (Łukasz Simlat) prowadzą dom dla „wykolejonych” młodych chłopców, którzy w ten sposób, za pomocą dyscypliny i wiary, ratują się przed poprawczakiem. Praca z takimi jednostkami jest ciężka. Jest nieustanną wojną, która wymaga ogromnych pokładów cierpliwości. Ale ksiądz ma do nich rękę. I wtedy spada na niego problem „homoseksualnych” problemów, które doprowadzają do tragedii. Wtedy też poznajemy jego tajemnicę… Któryś z wychowanków rzuca „Ksiądz jest starą ciotą”…
Za cholerę nie rozumiem, czemu takie dzieła powstają. Okej, jest to problem, ale osadzenie go w takich „warunkach” irytuje. Wieś, ośrodek dla problemowych chłopców, ksiądz, gej, romans z wychowankiem, a do tego kobieta, która chce zaznać smaku „ciała boskiego” i uzależnienie od alkoholu. No bardziej oklepane być nie może. Kolejna rzecz: język. Ja wiem jak mówią gówniarze, szczególnie „wykolejeni”, ale miks wszelkiego rodzaju „kurew”, „chujów” i różnych form „jebania” z biblijnymi słowami – robi mi niedobrze. Nie należę do osób, które unikają wulgaryzmów, ale bez przesady. Mam wrażenie, że to dzieło było bardziej przemilczane, niż przegadane, ale i tak ok. 60% słów, które w nim padły, były wulgaryzmami. Źle się to oglądało, naprawdę. Każdy element tego dzieła był słaby. Okej, Chyra jest jednym z lepszych polskich aktorów, ale co z tego? Po raz kolejny talent nie ma szans na objawienie, bo fabuła zahacza o telenowelę. Namnożone wątki, „tajemnica”, która nie trzyma się kupy, ani dupy, słabe tło, na którym dzieją się wydarzenia i usilna próba prowokacji. Film ratuje tylko muzyka – bardzo klimatyczna, która o wiele lepiej oddaje „temat”, niż to wszystko, co zostało lub nie zostało powiedziane.
Jakbym nie doczytała od kogo jest ten film, z miejsca wiedziałabym, że to Szumowska. Pseudotwórcze zabawy kamerą, kadry z dupy i wybitny brak talentu do dobrych ujęć – tak, to nie mógł być nikt inny. Za pomocą wątpliwej plastyki, drżącej ręki i odpowiedniego rozmazania chciała pokazać erotyzm homoseksualny, a wyszło nędznie, nudno i „bezpiecznie”. Rozumiem, że jak się jest Chyrą, to nie za bardzo chce się przekroczyć progu maczo.
„W imię…” to film, który idealnie oddaje powiedzenie, że krowa, która głośno ryczy, daje mało mleka. Tu głośno ryczała reżyserka, bawiąc się w kontrowersje, a widz dostał ok. 100 minut miernego dzieła, które wpada i momentalnie wypada z głowy.
