ONA:

„Nebraska” to film, który wywrócił mnie na lewą stronę. Śmiem twierdzić, że należy do grona dzieł, które są perfekcyjne. Fajna fabuła, świetny poziom aktorski i całe zaplecze, od scenografii i małych detali, po klimat – jestem autentycznie urzeczona i zachwycona.

Woody Grant (Bruce Dern) jest staruszkiem – dość specyficznym do tego. Balansuje na granicy demencyjno-alzhimerowskiego zdziwaczenia, ale on zawsze był „inny”. Właśnie informuje swoich najbliższych, że wygrał dużą bańkę zielonych w jakieś loterii. Jest uradowany i za nic nie dochodzi do niego, że to taka „zagrywka”, by zwiększyć sprzedaż jakiś magazynów – wiemy jak to działa – taki analogowy spam. Wszyscy, poza Woody’m. On uparcie twierdzi, że właśnie stał się milionerem i postanawia ruszyć w bardzo długą podróż. W wyjeździe towarzyszy mu jego syn, David (Will Forte) i jak to w filmach „drogi” bywa – będą mieć okazję do niejednej rozmowy, niejednej kłótni i zwady. Przemierzając Stany trafiają do miasteczka, z którego Woody pochodzi. Jemu udało się wyrwać z tego zadupia, w którym ciągle mieszka wielu ze znajomych sprzed lat. A teraz, gdy po latach wraca i rzuca, że jest milionerem, ludzie reagują dokładnie tak, jak można się tego było spodziewać. Szczególnie Ci najbliżsi – rodzina i przyjaciele. Nagle wszyscy zaczynają mieć roszczenia, przypominają sobie jakieś zaszłe sprawy i z wielką ochotą pragną przytulić przyszły majątek staruszka. David, widząc to wszystko, widząc z jakimi pragnieniami i marzeniami został jego ojciec na stare lata i mając praktycznie pewność, że kupon jest jedynie nędzną formą reklamy, postanawia zrobić coś, co z pewnością złapało za serce niejednego widza. Bo ten film jest bardzo słodko-gorzki. Ma szalenie dowcipne momenty, ale są i chwile, w których jesteśmy wkurzeni, poirytowani, a nawet i zasmuceni.

Pierwsze wrażenie? Człowiek na stare lata jest równie „słaby” i potrzebujący – jak małe dziecko. Trzeba mieć ogromną cierpliwość, trzeba znosić pewne „wybryki” i pilnować na każdym kroku. Woody jest właśnie takim „dziadeczkiem”. Swoich bliskich doprowadza do szaleństwa, bo który facet w tak późnym wieku, upiera się, by przemierzyć ogromny kraj z powodu jakiegoś świstka papieru? Ale jest uroczy. Nie można się na niego długo wkurzać. Poza tym „Nebraska” jest filmem szalenie spokojnym, opowiedzianym tak, że wchodzimy w historię, nawet jeśli tego nie chcemy. Ja miałam ciągle wrażenie, że zaraz stanie się coś bardzo smutnego, co wywoła powódź łez, na szczęście, obyło się bez smarkania w rękaw. Ale i tak jestem zauroczona. Snująca się opowieść urzeka prostotą, bawi momentami i sytuacjami i daje do myślenia. Nie ma tu efektów ani efekciarstwa. Nie ma niczego, co nadaje tempa, co zaskakuje i pędzi. Jest podróż, którą powinna odbyć niejedna rodzina. Jest podróż, która stanowi swoiste rozprawienie się ze wszystkim i ze wszystkim. Jest podróż, która najpewniej będzie ostatnią szansą.

Ciepły, wzruszający, rozśmieszający. Świetnie zagrany, świetnie zmontowany, z klimatem w odcieniach szarości.

ON:

Stany Zjednoczone to ogromny kraj. Ameryka, jaką znamy z pierwszych stron gazet, z telewizji i książek, nie zawsze jest tą prawdziwą. Gdy słyszymy o USA widzimy Nowy Jork, Chicago, Kalifornię. To tłumy pięknych ludzi i wspaniałe domy. Ale zaraz za krawędzią ekranu znajduje się ta druga Ameryka, smutna, zaściankowa, szara i zżerana przez kryzys. Tam nie ma wieżowców, a ludzie starają się związać koniec z końcem, by tylko wysłać dzieciaki na studia, bo może to uratuje je przed zgniciem w starym domu na odludziu. Gdy uda się wygnać latorośl na uczelnię, to nadchodzi czas samotności i wewnętrznego umierania w czterech ścianach, z których odchodzi farba. Kruszy się ona i pęka, jak starzejąca się skóra. Prowincja umiera, umiera wraz ze swoimi domami. Taką Amerykę możemy zobaczyć w „Nebrasce” Alexandra Payne’a.

Gdy rozpoczniemy tą sentymentalną podróż musimy przygotować się na jej senny nurt. Nie będzie tutaj szybkiej akcji, ani skocznej muzyki, „Nebraska” jest bowiem jak życie: płynie własnym, spokojnym torem. Od początku towarzyszą nam czarno-białe hipnotyzujące zdjęcia podupadającej lokalnej społeczności oraz miasteczek, których nazwa wypada nam z głowy tak samo szybko, jak się w niej znalazła. Pierwsze spotkanie z głównym bohaterem – Woody’m Grantem, także nie nastraja zbyt pozytywnie. Podstarzały facet z problemem alkoholowym, którego codzienność jest szara jak zdjęcia widoczne na ekranie. Niby ma on rodzinę, ale gdzieś cała ta zabawa w ognisko domowe dawno temu przestałą go bawić. Ale nareszcie los się do niego odwrócił, w skrzynce na listy znalazł wiadomość, że wygrał nagrodę wysokości 1 miliona dolarów i aby ją odebrać musi pofatygować się do Lincoln w Nebrasce. Niestety, widać, że cała wygrana to ściema szyta grubymi nićmi, ale Woody nie chce dać sobie przemówić do rozsądku. Koniec końców jeden z jego synów – David, postanawia zawieść go na miejsce. Robi to na przekór sobie, bo wie, że list z loterii to kawał papieru i nic więcej.

Rozpoczyna się kino drogi, trwająca 115 minut sentymentalna podróż do własnego środka. To rozprawienie się ze swoją przeszłością, która nie zawsze była różowa. Jak wspomniałem tempo narracji narzuca wolno toczące się koła starego samochodu, którym bohaterowie przemierzają Amerykę. Chwilowe postoje, rozmowy lub po prostu jazda w milczeniu – tak właśnie wygląda to dzieło. Po drodze spotkania ze starymi znajomymi, rodziną, której nie widziało się naście, a może i więcej lat. Problemem jest to, że nie każda zadra z przeszłości została usunięta. Pewne drzazgi zostają na długo, czasem na całe życie. Podczas wspólnej podróży ojciec i syn poznają się na nowo. Okazuje się, iż starzec nie jest ojcem idealnym, a poza wiadomym problemem alkoholowym, wychodzi wiele innych, mniejszych lub większych brudów, z którymi ciężko sobie poradzić. Jednak w obliczu wspólnego wroga, jakim jest stary znajomy rodziny, porzuca się wzajemne niesnaski, by ramię w ramię stanąć przeciwko zagrożeniu.

„Nebraska” hipnotyzuje, wciąga i czaruje. Jej senny klimat sprawia, że oddajemy się jej cali. Zdjęcia, muzyka i ta krucjata po nieistniejące „złoto”, która z góry skazana jest na porażkę, tworzą jedną wyjątkową całość. Kolejne mile uciekają nam między kołami samochodu, kolejne słowa czasem zwieszone w powietrzu i czekające na dopowiedzenie, w końcu kolejne zatrzymane w czasie kadry są czymś niezapomnianym.

To nie film dla każdego, ale Ci którzy oddadzą mu się cali, będą na pewno zadowoleni ze swojej decyzji.