ONA:
Jeśli chodzi o kino typu „Obłęd”, to pomysł zawsze jest taki sam: skołować na maksa widza. Tylko potem okazuje się, że ów widz wpada w kinematograficzną padakę, a z filmu niewiele jest w stanie zrozumieć. Przesadzić jest bardzo łatwo, a z kolei zaskoczyć odbiorcę – trudno. Zatem do jakiej grupy wpada „Obłęd”?
Zaczyna się solidnie: główny bohater stacjonuje na Bliskim Wschodzie (w dalszym ciągu jestem totalną ignorantką, jeśli chodzi o tamte wydarzenia) i zanim film się na dobre zacznie, on już łapie kulkę w łeb. (Nie)stety – strzela do niego dzieciak i robi to niezbyt dokładnie, bo Jack Starks (Adrien Brody) nie umiera. Lekarze jakimś cudem przywracają mu życie, ale wtedy, mając 27 lat (eh?!) bohater umiera po raz pierwszy… Mija trochę czasu. Starks żyje sobie spokojnie. Pewnego dnia zauważa na drodze rozkraczony samochód i postanawia pomóc kierowcy. Właścicielką pojazdu okazuje się pewna kobieta, która jest zdrowo nawalona i która nie jest w stanie za wiele zdziałać. Jack przy wsparciu jej ślicznej małej córeczki – Jackie (Keira Knightley) uruchamia samochód, za co dostaje zjebę, a obie panie odjeżdżają w siną dal. O dziwo – ten wątek jest bardzo ważny. Potem drepczącego Jacka zgarnia do samochodu nieznany koleś i lawina wydarzeń, która zdarzy się za chwilę, ruszy wściekle do przodu. Samochód zostaje zatrzymany przez policjanta, po czym słychać kilka strzałów – i przedstawiciel służby mundurowej jest już zimny. Co się stało?! Nasz bohater staje przed sądem. Jest oskarżony o zamordowanie policjanta. Nie zostaje jednak skazany na więzienie, ale jeno na pobyt w szpitalu psychiatrycznym, gdzie oczywiście poddano go jakieś traumatycznej terapii. I gdy tak leżał w bezruchu, owinięty szczelnie kaftanem bezpieczeństwa, wypełniony lekami po brzegi, w totalnej ciemności, gdy jego przerażenie sięgało zenitu, odkrył, że umie przenosić się w czasie… I wtedy ponownie spotyka Jackie… No bardziej zamotać się tego filmu nie dało, poważnie.
Liczyłam na ciekawy thriller ze szpitalem psychiatrycznym w tle, dostałam ckliwy melodramat. Liczyłam na coś pokroju „Efektu motyla”, dostałam popłuczyny wielogatunkowe. Takie to było „wiotkie”. Twórcy za bardzo nie potrafili skupić się na niczym innym, poza wątkiem miłosnym, który wepchnięty jest tu totalnie na siłę, spychając ciekawsze elementy (skoki w czasie właśnie), na dalszy tor. Sam pomysł nie był tak strasznie zły, ale wykonanie i produkt finalny zdecydowanie nie satysfakcjonują. Mam straszny problem z interpretacją tego dzieła. Właściwie… za cholerę nie potrafię go zrozumieć. No chyba, że mogę wylać moje „spekulacje” – wtedy byłoby mi łatwiej… I na koniec dodam, że film ma ponoć alternatywne zakończenie, które sprawia, że wszystko łączy się w całość – ja oczywiście musiałam widzieć to gorsze…
„Obłęd” ma kilka mocnych punktów. Fenomenalnie grał Daniel Craig, który jest nie tylko „Bondę”, ale i kawałem dobrego aktora, potrafiącego odnaleźć się w rolach trudnych. Fajny był również montaż, szczególnie, gdy bohater „wchodził” w inny wymiar czasowy. Podobał mi się surowy klimat i muzyka, ale na tym koniec. Jeśli jest ktoś, kto ten film zrozumiał i kto będzie umiał w mój skrajnie racjonalny umysł wnieść odrobinę szaleństwa i zinterpretować mi go jak należy, zapraszam do wspólnego oglądania. Tylko wcześniej proszę dać znać, wstawię wódkę do lodówki.
ON:
W połowie „Obłędu” wiedziałem, jakie będzie jego zakończenie. Nie dlatego, że film jest zły, słaby lub przewidywalny, ale dlatego, że znajdziemy w nim tak wiele schematów „zapożyczonych” z innych dzieł, że ciężko nie poskładać tego w całość. Nie jest to plagiat, ani kalka, lecz osoba mająca styczność z kinem Lyncha i książkami Kathe Koji bez problemu rozłoży na cząstki elementarne dzieło Johna Maybury’ego.
”That was the first time I died” – Jackie Estacado.
Cytat z „The Darkness” jest bliźniaczo podobny do słów wypowiedzianych na samym początku „Obłędu”. Jack Starks po raz pierwszy umarł podczas wojny w Zatoce. Chcąc okazać odrobinę empatii przypłacił to swoim życiem. Kula, wystrzelona przez małego fanatyka, utkwiła w jego głowie. Gdyby nie spostrzegawczość pani doktor, która akurat urzędowała w wojskowym lazarecie, facet już by wąchał kwiaty od spodu. Minął rok. Mężczyzna skończył rekonwalescencję, pocisk poczynił jednak dość duże spustoszenie w jego czaszce i ma on problemy z pamięcią. Nie przeszkadzają mu one w normalnej egzystencji. Podczas samotnej podróży przez bezdroża napotyka małą dziewczynkę i jej matkę, które siedzą przy zepsutym samochodzie. Dziewczę jest bardzo towarzyskie i sympatyczne, w przeciwieństwie do mamy, która nawalona kisi się na śnieżnej zaspie. Mężczyzna pomaga naprawić auto, a dziewczynce daje w prezencie swój nieśmiertelnik. Niestety, pijana mamusia źle odbiera jego intencje i kolejny etap drogi Jack pokonuje na własnych nogach. Jakiś czas później udaje mu się złapać stopa. Część przebytej podrózy jakoś mija, ale sielanka kończy się w momencie, kiedy zatrzyma ich patrol policji. Kierowca zaczyna się dziwnie zachowywać, po czym mamy przeskok do sali sądowej, gdzie na ławie oskarżonych ląduje Jack. Za co jest sądzony? Za zabójstwo policjanta. Z braku dowodów oraz z powodu jego stanu mentalnego sąd postanawia zamknąć go w ośrodku dla psychicznie chorych i tam poddać terapii.
Pierwsze dni, a może tygodnie, są zamglone. Kolejne leki, zastrzyki, pigułki. Ale nadchodzi moment, kiedy terapia zacznie przybierać inny, bardziej brutalny wymiar. Zakuty w kaftan bezpieczeństwa i nafaszerowany specyfikami Jack zostaje zamknięty na długie godziny w jednym z bloków kostnicy. Ciemne, ciasne pomieszczenie ma przyśpieszyć proces działania medykamentów i uwolnić bohatera od ataków agresji, które podobno nie są mu obce.
W tym momencie zaczyna się druga część filmu. Staje się on pewnego rodzaju karuzelą albo raczej kolejką górską, którą przyjdzie nam jeździć. Zamknięty w czterech ścianach kostnicy mężczyzna zaczyna śnić. A może on nie śni, może to rzeczywistość jest snem? Jego ciemny azyl staje się dla niego czymś, czym była czarna dziura dla bohatera „Zera” Koji. Swoistą macicą, z której rodzi się nowy człowiek. Ten nowy mężczyzna pojawia się w 2007 roku i tam zacznie rozwiązywać zagadkę swojej kolejnej śmierci. Czy nie przypomina wam to czegoś? Jasne, że tak, to przecież „Donnie Darko”. Tyle, że przewodnikiem Jacka nie jest przerażający królik. Mamy tutaj też trochę „Efektu motyla” i „Zaginionej autostrady”. Jeśli widzieliście choć część tych dzieł, to po pierwszej wizycie Jacka w „nowym” świecie będziecie znać zakończenie tejże hostorii.
„Obłęd” nie jest złym kinem, ale najwięcej przyjemności będą czerpać z niego Ci, którzy nie oglądali żadnego z wyżej wymienionych przeze mnie dzieł, w innym przypadki potraktujcie ten film jako swoistą ciekawostkę.
